poniedziałek, 17 lipca 2017

Lato wszędzie, czyli spódnica pierwsza

Ponieważ lato nadeszło, i to nawet nie jest takie zimne, jak posępnie piszą w internetach (w każdym razie tam, gdzie przebywam, nie jest) porzucam chwilowo myśl o wrzucaniu tu szala z alpaki i przerzucam się na spódnicę (a nawet trzy), którą (a nawet które) udało mi się jakimś cudem skończyć i teraz zamierzam ich używać bez opamiętania i bez względu na pogodę. Prawie.

Pierwszą ujrzałam na jakimś pokazie mody, nie pamiętam czyim, a w dodatku nie była spódnicą, ale sukienką.


I sukienka jak sukienka, nie dla mnie jako osoby silnie podobnej do powyższej modelki w budowie klatki piersiowej (co modelce nie przeszkadza, i świetnie, ale mi i owszem), ale ta spódnica!!! Oszalałam z zachwytu i obiecałam sobie, że będę taką miała, choćby nie wiem co.

Jak pomyślałam (zimą), tak zrobiłam, wybrałam włóczkę (lnianą, Bodrum firmy Alize, jedną z tych włóczek, których przerabianie działa na mnie jak SPA, masaż, seans hipnotyczny z muzyką relaksacyjną w tle i w ogóle) i siedziałam sobie, i dziergałam na drutach z żyłką, czego nie lubię, ale czegóż się nie robi, nieprawdaż.


Z przodu leciał wzorek, z tyłu, jako, że odpowiednia ilość raportów wzoru uczyniłaby ze spódnicy namiot, a mniejsza sprawiłaby, że się w odzież nie wcisnę, dodałam prosty warkocz,


i dziergałam, dziergałam, aż uświadomiłam sobie, na szczęście we właściwej chwili, że jeśli dalej będę tak dziergać to zamiast tańczącej wokół nóg spódnicy poczynię długą i raczej ciasną rurę.


Uczyniwszy powyższe spostrzeżenie zaczęłam dodawać między raportami wzoru warkocze, rozszerzające się ku dołowi


i tak, dziergając radośnie i cierpliwie, wreszcie skończyłam.


Spódnica jest dość długa (choć nie tak, jak ta na modelce) oraz wszechstronnie dziurawa, w związku z czym używam sobie pod nią halki, która sprawia, że kreację ochrzciłam natychmiast "raz na ludowo".


A dla różnych purystów, co to bez modelki im się nie liczy (nie będę tu nazwiskami rzucać, ale, Jarecka, wstań, jak do Ciebie mówię!) spódnica na modelce z przodu,


z tyłu (zwrócą Państwo uwagę na szew biegnący przez tylne krągłości, jak u Marylin Monroe w "Pół żartem, pół serio" normalnie!),


z boku


oraz "raz na ludowo" :).


wtorek, 27 czerwca 2017

Kocyk temperaturowy. Wiosna

Lato zaczęło się zaledwie kilka dni temu, a tu - o, cóż za zaskoczenie!!! - okazuje się, ze na mój kolejny kocyk temperaturowy nie trzeba będzie czekać aż do jesieni, a zaledwie wspomniane kilka dni, które były mi niezbędne dla wciągnięcia dwóch milionów nitek oraz zrobienia skromnej bordiurki.

Od pierwszego rzutu oka widać, że tegoroczna wiosna nie rozpieszczała nas temperaturami na początku,


chociaż później się wzięła za siebie i poprawiła.


Bardzo to ładnie widać, gdy kocyk się przezentuje w całości, co mnie do idei kocyków temperaturowych tym bardziej przekonuje.


Kocyk zaanektował na własność Pompon Młodszy, udostępniając go uprzejmie (i na krótko) wyłącznie w celu zrobienia mu sesji fotograficznej w plenerze,


po czym zagarnął go w opiekuńcze objęcia i czule odniósł na piętro, gdzie starannie (jak nie on normalnie) rozłożył go na swoim łóżeczku.

Ponieważ Czytelniczki w komentarzach pod wpisem o kocyku zimowym (i  nie tylko tam) pytały o szczegóły produkcji, wyciągnęłam miarki, opisy i banderole od włóczek i odpowiadam:

używałam włóczek Altin Basak, motki 300 m na 100 g. Szerokość kocyka - 198 oczek, szydełko numer 3,5 (chyba, robię szydełkiem odziedziczonym po Mamie, ukochanym, metalowym, takim, jakich już się nie produkuje, opatrzonym jakimiś tajemniczymi numerami nie mającymi nic wspólnego z obecnie obowiązującą numeracją, ale na oko jest to 3,5 właśnie). Z tej grubości włóczki dobrze robi się też 4. Ukończony kocyk mierzy 68 na 158 cm. Wzory dobieram po uważaniu, bo szybko się nudzę i nie wyobrażam sobie lecieć całości na przykład tylko półsłupkami, ale widziałam w necie i takie, i też są piękne.

A kocyk letni - bo i o to Dziewczyny pytały - będzie w odcieniach żółto-pomarańczowo-czerwonych, im cieplej tym czerwieniej, i tylko mam nadzieję, że lato pozwoli mi w ogóle użyć czerwonego... bo na razie się na to nie zanosi :).

niedziela, 11 czerwca 2017

Kocyk temperaturowy. Zima

Powiem szczerze i otwarcie, że domyślam się, czemu tegoroczna wiosna przypominała zimę, i w dodatku zimę wlokąca się niemiłosiernie i beznadziejnie. Oto dlatego, że (poza dwustoma tuzinami różności, które mogłabym tu pokazać, ale nie pokazałam z wielu powodów) mam dwie rzeczy typowo zimowe i wszechświat dawał mi szansę, żebym się zmieściła - jeśli nie w czasie, to chociaż w entourage'u. I dopiero, gdy jasne się stało, że nie skorzystam z danej mi przez wszechświat szansy, dał on sobie spokój i wybuchnął wiosną.

Ponieważ jednak wiosna też dobiega końca, a jedna z tych zimowych rzeczy ma ścisły związek z rzeczami wiosennymi (i - w przyszłości - z letnimi oraz jesiennymi), wzięłam się i piszę. I pokazuję. I tę drugą zimową rzecz też pokaże, a co! Tylko troszkę później.

A zatem do ad remu.

Czy komukolwiek znana jest idea "temperature blankets"? Przetłumaczyłam to bardzo "na kolanie" na "kocyk temperaturowy", co po polsku brzmi koszmarnie, ale nieźle oddaje ideę projektu.

Kocyki temperaturowe powinny być robione przez cały rok, po jednym rządku dziennie. Kolor włoczki zaś powinien się zmieniać w zależności od temperatury. Na początku roku (chociaż nie musi to być koniecznie początek roku, może być dowolny inny charakterystyczny dzień, dzień własnych urodzin albo Wigilia Bożego Narodzenia, albo dzień zaręczyn, ślubu, rozwodu, jakikolwiek) przygotowuje się rozpiskę temperatur i włóczek do tych temperatur dopasowanych (w dowolnie przez się wybranych kolorach, chociaż widziałam w internecie także gotowe zestawy), na przykład zmieniając włóczkę co pięć stopni, albo co dwa, albo i co dziesięć, takie rozpiski też widziałam, i voila. Jeśli konsekwentnie będziemy wykonywać jeden rządek dziennie, kierując się najwyższą temperaturą danego dnia, po roku będziemy właścicielkami koca, rodzaju pamiętnika, tyle, że dzierganego.

Kocyki temperaturowe od jesieni ubiegłego roku rzucały się na mnie z każdego normalnie zakątka internetu. Pomysł bardzo do mnie przemówił, po czym - o, co za szok, co za zaskoczenie! - natychmiast przerobiłam go po swojemu.

Po pierwsze, zdecydowałam, że będę przerabiać nie jeden, ale dwa rzędy dziennie.

Po dokonaniu obliczeń okazało się, że wyszedłby mi z tego nie kocyk, a dywan, więc wymyśliłam, że zrobię cztery kocyki. Po jednym na każdą porę roku, i po jednym na każde z moich dzieci.

Zaczęłam dziergać w pierwszy dzień zimy.


Kolory wybrałam zimowe, niebieskości, szarości, blada zieleń w dniach, gdy było ciepło. Jak widać po początku kocyka, zima u swego zarania nie była szczególnie ostra.

Ale to się zmieniło z czasem.


I przyznać muszę, że dopiero, gdy kocyk (i zima) zbliżał się do końca widać było, jak bardzo jest to dziergany pamiętnik i jak bardzo dopomaga wspomnieniom.


Wzory zmieniałam po uważaniu, jak mi się ścieg nudził, to go wymieniałam, a bordiurę zrobiłam całkiem prostą, pasującą moim zdaniem do "pamiętnikowego" charakteru kocyka,


bez udziwnień, bez odciągania uwagi od "treści" koca.


Właścicielem od pierwszego w zasadzie rządka ogłosił się Pompon Starszy.


Ale czas płynie, i już robi się kocyk wiosenny, w zupełnie innych kolorach i dla zupełnie innego właściciela.


niedziela, 12 marca 2017

Zimie wbrew

Zima w odwrocie, chociaż bez walki nie ustępuje (dziś rano u nas było -2 stopnie, a i poprószyć śniegiem jej się zdarza), tym niemniej zimowe otulacze i insze dodatki jeszcze będzie się nosić, i to czas jakiś, więc się załapię z tym wpisem w aurę.

Zima otóż w naszych pięknych okolicznościach przyrody jest jaka, no, jaka?

Szaro-bura otóż jest, i nie mam tu na myśli krajobrazów, chociaż to czasem też. Ale nawet jeśli krajobrazy są przepiękne, białe i migoczące jak suknia Kopciuszka naród na tej bieli i migotaniu jest szaro-bury. Jakby nie dość było krótkich dni i długich nocy, chmur wiszących tuż nad ziemią i depresji jesienno-przedwiosennej rodzimy przemysł odzieżowy zarzuca sklepy oraz ciucholandy szarościami, burościami, brązami i nobliwą czernią. Robiąc wyjątek wyłącznie dla małych dziewczynek spowitych od stóp do głów w różowości reszcie świata nie wyłączając małych chłopców (wiem, co mówię, mogłabym popełnić dłuuuugi wpis o kupowaniu kurtek zimowych dla Pomponów i, na przykład, odkryciu sklepów, które posiadając działy "męski", "damski", "dzieci, lat 0-2" oraz "dla dziewczynek, 3-10", nie posiadały stosownego działu dla chłopców, którzy mieli najwyraźniej w świecie wybór - albo ubierają się na różowo, z cekinami i jednorożcem na klacie, albo nie ubierają się wcale) oferuje on wybór odzieży w tak zwanych kolorach ziemi.Albo w kolorach dowolnych, ale za równowartość pensji Pana Małżonka (mojej mogloby nie starczyć).

Mając dla pensji Pana Małżonka kilka innych zastosowań i nie mając ochoty snuć się ponuro w ponurym krajobrazie spowita w ponurą czerń sięgnęłam do swoich zasobów włóczkowych i wyjęłam coś, co było tak dalekie od szarości, czerni i kolorów ziemi, jak się tylko dało.


Wzór wybrałam prosty, żeby nie móc sobie dziergać bezmyślnie i nie zamartwiając się o to, co się stanie, jak zgubię gdzieś oczko albo i rządek, dokupiłam żółtą włóczkę stosownej grubości dla kwiatuszków łączących wzorzyste motywy, i dziergałam sobie przy każdej okazji...


... dziergałam....


... i dziergałam...


... aż udziergałam pierwszą rzecz w mojej karierze, która sprawiła, że obca osoba zaczepiła mnie na ulicy, aby spytać, gdzie kupiłam to, co mam na sobie, skoro nie kupiłam, to z czego robiłam, a skoro robiłam, to gdzie kupiłam to, z czego robiłam :).


I zima już nie była taka szaro-bura.

Pchana entuzjazmem zaczęłam robić jeszcze jedną kontra-zimową rzecz, ale nie zdążyłam jej oczywiście skończyć, co moim zdaniem w niczym nie przeszkadza, bo można ją nosić także wiosną. A nawet, jak optymistycznie zakładam, w chłodne letnie wieczory.

Więc kiedyś ją tu pokażę.

Taką mam nadzieję.

niedziela, 12 lutego 2017

Zima zła

Z Kłębowiskiem to jest tak, że sobie jest.

Jest, usycha, posypuje się kurzem, a ja o nim CODZIENNIE myślę i planuję, że zaraz! natychmiast! jak tylko wrócę do domu/ dzieci pójdą spać i będę mogła siąść do komputera/ zrobię odpowiednie zdjęcia/ będzie weekend i będę miała więcej czasu/ będą ferie i będę miała więcej czasu/ będą wakacje i będę miała więcej czasu/ dostanę grypy i będę miała trochę czasu między kichaniem i smarkaniem (excusez) w chusteczkę/ cokolwiek - otóż w takich okolicznościach natychmiast siądę i uzupełnię, a mam o co uzupełniać.

Po czym nadchodzą te ferie, wakacje, weekend czy grypa, i nic. Mam setki ważniejszych zajęć, nie mam czasu albo (najczęściej) dopada mnie polatujący nad Domem w Dziczy nader często (a wręcz - rzekłabym - bez przerwy ostatnio, a przez "ostatnio" rozumiem "od trzech lat") duch "A po jaką cholerę?" czy też, by wyrazić się grzeczniej "wszystkotobezsensu" i Kłębowisko nadal pokrywa się kurzem, a góra nie uwiecznionych (a często nie mających szans na uwiecznienie, ponieważ podarowanych Teściowej, Przyjaciołom i Znajomym) robótek rośnie i też się pokrywa. Tym kurzem.

Co jakiś czas z permanentnego snu zimowego wyrywa mnie pytanie - najczęściej zadane przez jednego z tych trzech Czytelników, którzy tu z wzruszającą nadzieją zaglądają - o jakiś wzór czy inny schemat, i wtedy się budzę i popełniam wpis. I obiecuję sobie, że jak tylko wrócę do domu/ dzieci pójdą spać (i tak dalej, patrz wyżej) to ja natychmiast! zaraz! pouzupełniam i napiszę, i sfotografuję, i dotrzymam danej samej sobie obietnicy, że będę tu coś publikować raz w tygodniu.

Tym razem pytanie zadała coco.nut  , a ja się obudziłam i publikuję. Coś, co zresztą nie ma ze wspomnianym pytaniem nic wspólnego, ale na pytanie odpowiem. Serio. W jednym z tych wpisów, co to je teraz NA PEWNO będę popełniać. Raz w tygodniu.

Ale na razie to. Zaległość jeszcze z zeszłego roku.

W zeszłym roku zrobiłam sweter, który czekał tylko zszycie.


I nawet się doczekał, ale w międzyczasie nadeszło lato, ciepłe, a sweter jest robiony z alpaki, w dodatku podwójną nitką, i jeszcze bardziej w dodatku ma golf.


Robiony jest z pasów dzierganych na drutach (banalnie nudnym ściegiem gładkim),


następnie połączonych szydełkiem,


a ponadto wymyślony został przeze mnie od a do zet, zaprojektowany, wydziergany, zszyty i noszony zimą, która nadeszła po tej poprzedniej zimie, a okazał się taki, jak trzeba - czyli otulający, cieplutki i oversize, tak, jak lubię.


A skoro już mówimy o robótkach wykonywanych nudnymi ściegami (oraz oversize) to taki też jest JEDYNY sweter wykonany przeze mnie dla moich dzieci.

Nie lubię dziergać dla dzieci (nie wykluczam, że jestem wyrodną matką), gdyż one tego raczej nie doceniają, a po drugie - migiem wyrastają i potem człowiekowi smutno, że dzieło jego rąk na sobie taki smyk miał na sobie trzy razy, potem sezon się skończył, a następny zastał smyka za dużego na dowolny sweter, choćby nie wiem, jak bardzo był on oversize rok wcześniej.

No i w pierwszej kwestii spotkało mnie zaskoczenie stulecia, gdyż Pompon Młodszy ideę noszenia swetra przyjął z entuzjazmem (i prawie natychmiast mamusine rękodzieło upaćkał keczupem, ale przedtem udało mi się cyknąć mu fotki).



Fotki zostały cyknięte telefonem, który przekłamał kolor - w rzeczywistości sweterek jest błękitny jak pogodne niebo i pasuje do ocząt Pompona Młodszego, który wygląda w nim jak aniołek. Którym naprawdę, ale to naprawdę nie jest.

Jak widać, sweter robiony jest gładkim - "rządek prawy, rządek lewy"- ściegiem i jego jedyna ozdoba to naszywane śnieżynki.


Naszywanie śnieżynek stanowiło jedyny element rozrywkowy przy produkcji dzieua, która poza tym była śmiertelnie nudna :).

Keczup w każdym razie udało się ślicznie sprać, Pompon Młodszy idzie zadawać szyku w swoich błękitach jutro w przedszkolu, a ja nie powiedziałam ostatniego słowa w kwestii błękitów tej zimy.

O czym będzie w jednym z tych postów, co to je NA PEWNO napiszę. Wkrótce.

Pilnujcie mnie (wszystkie trzy!) albo co.

piątek, 30 grudnia 2016

Poświątecznie, dwa

Pierwszy konik wraz z bombkami niebieskimi poszedł w ręce mojej siostry.

Drugi miał pójść (i poszedł w samą Wigilię) w ręce teściowej.

Ponieważ nieco wcześniej niż w ogóle zasiadłam do ścibolenia koników wymyśliłam inne bombki,


nie kolorowe, jak zwykle, ale z naszytą na jednolitym tle aplikacją przypominającą (w zamiarach :)) płatek śniegu


konik - jak kombinowałam - powinien być do tych bombek dostosowany stylistycznie.

W efekcie wyszedł konik prawie-że-skandynawski.


Prawie-że-skandynawski konik - no, mnie się przynajmniej kojarzy konikiem z Dalarna,

Źródło
które to koniki z Dalarna też kiedyś zamierzam wykonać, nie z drewna, rzecz jasna. I nie wiem, kiedy. Ale kiedyś - a więc wracając do ad remu, prawie-że skandynawski konik otrzymał śnieżny wystrój,



kryształki w charakterze ozdóbek


oraz srebrne dzwoneczki przy ogonie


i wygląda naprawdę lepiej, niż na tych pospiesznie robionych w złym świetle zdjęciach.

A także się spodobał.

Chyba :).

środa, 28 grudnia 2016

Poświątecznie, raz

To był najbardziej bezproduktywny twórczo okres przedświąteczny EVER. No, raz mi się juz tak zdarzyło, że nie mialam w rękach ani drutów, ani szydełka, ani w ogóle niczego, nawet żadnego z moich blogów nie pisałam, no, ale zajęta byłam rodzeniem moich najmłodszych dzieci, więc trudno mi nazwać tamten rok bezproduktywnym twórczo ;).

Ten taki był. Ledwo zaopatrzyłam się w szeroki wybór rozmiarów styropianowych bombek w ilościach hurtowych, ledwo splątałam pierwszą, najmniejszą z (planowanej) kolekcji, życie osobiste zrobiło mi gruch! i łubudu!, rodzona matka wylądowała w szpitalu, a ja ujrzałam się biegającą miedzy szpitalem, przedszkolem, szkołą oraz domem, a potem, gdy zwolnienie mi się skończyło - między szpitalem, przedszkolem, domem, szkołą i pracą zawodową, i gdy nadchodził wieczór musiałabym się dłuższą chwile zastanowić, gdyby ktoś mnie spytał o imię.

W efekcie dwa dni przed Wigilia miałam zrobione sześć bombek,


co prawda we wszystkich dostępnych (mi, bo w sklepach to i inne widywałam) rozmiarach,


od małej

 po dużą


przez przeciętnych rozmiarów




ale tylko sześć.

A w głowie rozpychała mi się myśl, że dwie osoby rok temu zamówiły u mnie na Gwiazdkę konika (którego, jak sądziłam miesiąc wcześniej, zdążę zrobić na tak zwanym luzaku, miesiąc czasu, phi!) i nie ma opcji, by go nie dostały.

Wskutek czego wigilijny ranek powitałam z niepolukrowanymi piernikami, byle jak ozdobioną struclą, ogólnym bajzlem, nie umytymi oknami oraz przykurczem w palcach od szycia i mroczkami przed oczami od ślepienia po nocy, ale oba koniki były gotowe.

Pozostało je (i bombki) sfocić, a czyniłam to w przerwie między lepieniem pierogów a dopakowywaniem prezentów, w nader kiepskim świetle i drżącą ręką, więc zdjęcia są bardzo, ale to bardzo byle jakie, ziarniste i źle doświetlone, no, ale jakieś tam są.

Konik mojej siostry:


Miał być czerwony, i jest, kolory dodatkowe wybrałam sama, mgliście mi się bowiem majaczyło, że ma ona niebieskie dodatki w kuchni. A może i wszędzie indziej też.



(te koraliki przy grzywie to główni winowajcy mojego przykurczu, tak na marginesie)


Do kompletu z konikiem dorobiłam jeszcze trzy bombki w tym samym zestawie kolorystycznym.


Bombeczki w zasadzie, bo to są te trzy najmniejsze rozmiary.

I pozostało mi żywić nadzieję (na szczęście krótko), że się co do kolorystyki nie pomyliłam :).