Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Ptaszek

Dostałam jakiś czas temu miłą propozycję wzięcia udziału w festiwalu rękodzieła. Tematem miały być ptaki, twórczynie chciały zrobić największą linię ptasią na świecie, deadline akcji przypadał na 31 maja, więc na początku maja siadłam i zaczęłam produkować ptaszę. Recyclingowe. Ze starych i nie nadających się już do noszenia dżinsów.


Przyozdobiłam go w swoim, nieprawdaż, niepowtarzalnym stylu, podpisałam (co było dozwolone)


pod skrzydełkiem, żeby nie było nazbyt ostentacyjnie :),


 doszyłam wieszaczek


 i ptaszyna poleciała, aby zdążyć przed 31 maja (co udało jej się osiągnąć).


Festiwal ptasząt miał się odbyć (i odbył się) 14 czerwca i miałam ambitny plan opublikowania tego posta właśnie tego dnia, ale wiadomo, jak to bywa z ambitnymi planami. Nie zawsze udaje się je zrealizować.

Gdyby ktoś chciał sobie popatrzeć na plany, które UDAJE się zrealizować, może rzucić okiem

TU

i/albo

TU

Ponad 5 tysięcy ptaków z 25 krajów :).

I wszystkie zostaną zlicytowane, a dochód pójdzie na jakiś dobry cel.

Mam nadzieję wziąć udział także w następnym festiwalu :).

sobota, 3 listopada 2018

Día de Muertos (dzień po ;))

Jest co prawda dzień po Dias de Muertos, ale, no cóż, tylko jeden dzień, czym to jest wobec wieczności :D.

A poza tym mam masę nowych czaszuń, co mi się marnować będą, że już nie wspomnę, że jednak lepiej wrzucić je teraz niż w jakiejś mniej sprzyjającej porze roku, na przykład w okolicy świąt Bożego Narodzenia (co by się mi łacno zdarzyć mogło).

Zamówienie na dwie czarne czaszki dostałam od Przyjaciółki (która z kolei zamierzała obdarować nimi dwie swoje Przyjaciółki), prośba była tylko jedna - mają się jak najmniej od siebie różnić.


Całe szczęście, że "jak najmniej", zrobienie dwóch identycznych by mnie przerosło, jestem bowiem jak kot i błyskawicznie nudzę się robiąc wciąż to samo.

Starałam się więc zrobić czaszunie jak najbardziej do siebie podobne, ale jednocześnie dbając, by się rózniły a to detalami oblicza,


a to mandalkami na "plecach",


a to zawieszkami wreszcie.


Mam nadzieję, że podołałam :).

Kolejne czaszunie zrobiłam w halloweenowych, jesiennych, zielono-pomarańczowo-brązowawych odcieniach.



Oczywiście, nie jest to komplet, ale jakieś podobieństwa między nimi niewątpliwie istnieją :).



Oczywiście, istnieją też różnice.


Głównie w zdobieniach na obliczach czaszuń.


Natomiast w przywieszkach różnic w zasadzie brak :).


Ostatnia w tej serii czaszuń występuje jako  zawieszka, nie breloczek do kluczy.


Jest też odrobinę większa


i trochę bardziej zdobiona, ze względu na ten nieco większy rozmiar


oraz fakt, że do większych czaszuń nie dodaję przywieszek, malachitowych czaszeczek i innych koraliczków.


Na warsztacie mam jeszcze dwie takie właśnie, większe czaszki i jedną mniejszą, breloczek.

Ale muszę przecież coś zostawić na późniejsze posty.

czwartek, 29 marca 2018

Czaszunie albo sugar skulls

Wiedziałam, że obejrzę "Coco" ze trzy miesiące przed pojawieniem się filmu w kinach.

Gdzieś przyuważyłam reklamę i doznałam zachwytu. Wszystko, co kocham - kolory, migotanie, ocieranie się o kicz, ale niekoniecznie. Zakładałam, oczywiście, że film może nie okazać się taki urokliwy jak jego reklama, ale, cóż, kolorystyki mu to nie ujmie w końcu.

Bez względu na jego urokliwość jednakże byłam pewna już w chwili ujrzenia reklamy, że na pewno zrobię te czaszki. Nie wiedziałam, jak, z czego i do czego, ale że powstaną nie miałam cienia wątpliwości.

"Coco" pojawił się w kinach, okazał się, że tak to ujmę, dopasowany urokliwością do bajecznej formy, myśl o czaszkach rosła tak, że mi niemalże rozsadziła własną, aż wreszcie, po pewnym czasie, zaowocowały.

Breloczkiem.


Z początku breloczek miał mieć taką właśnie, jak pokazana na zdjęciu, formę, ale gdy już był gotowy wydał mi się z tyłu dość łysy, więc szybko dorobiłam mu mini-mandalkę.


Wszyscy, którzy mnie znają nie musieli zastanawiać ani chwili, by wiedzieć, że jedna niewinna czaszunia to nie jest moje ostatnie słowo.


Tym bardziej, że jak tylko pokazałam ją na Instagramie dostałam zamówienie na kolejną.

Fioletową.


Nieco większą, niż turkusowa na breloczku.


Nie miała być też breloczkiem, tylko zawieszką, dorobiłam jej więc sznureczek ze splecionego kordonka. A poza tym jak zwykle, kwiatki, ozdóbki i inne cekiny.


Następne czaszki miały być - czerwona z bielą oraz czarna z zielenią.


Czerwono-biała nie została ozdobiona cekinami ani koralikami.


Tylko szydełko i wyhaftowane łodyżki. Oraz kwiecie.



Czarno-zielona z jakiegoś powodu wydaje mi się najbardziej strojna.


Chociaż robiona była według tych samych zasad, co wszystkie pozostałe.


I nawet cekinowych ozdóbek nie ma zbyt wiele.



Wszystkie czaszki znalazły nowy, i na pewno pełen miłości, dom :).

W związku z tym zaczęłam natychmiast robić kolejną...


Może i ona znajdzie pełen miłości dom :).


środa, 17 lutego 2016

Dzień Kota

Z okazji Dnia Kota postanowiłam odkopać popełniony niegdyś haft.


Haft był robiony według wzoru, który sobie - o, niespodzianko! o, zaskoczenie stulecia! - pozmieniałam, bo przymrużone oczka kota nie podobały mi się wcale, wąsy powinny (moim zdaniem) iść w inne strony niż sugerowane, a na róży powinny się pojawić koraliki. Mieniące się. Jak rosa.


Przy okazji swego święta Kot uzyskał stosowną oprawę i dumnie zawisł na ścianie.


A w produkcji jest już kolejny Kot (też pozmieniany, aha!), który też będzie miał różę z kroplami rosy, a oprawę to nawet już ma, chwilowo nieużywaną.


Na następny Dzień Kota będzie jak znalazł!



PS. Miło mi donieść, że aparacik wrócił do dom z Aparacikowego Spa i Odnawialni Biologicznej Dla Aparacików, co oznacza, że wkrótce pozdejmuję wszystko, co z Ambitnego Planu na Ferie  udało mi się zrealizować (a trochę tego jest), i natychmiast wrzucę na bloga.

To znaczy, natychmiast, jak tylko pozbędę się Tej Cholernej Grypy, która trzyma mnie w swym uscisku od dwóch tygodni.

Aaaaaapsik.

Wzdech.

piątek, 19 lipca 2013

Sama prawda

Tak, tak, wiem, że miałam się zajmować czym innym. Metryczki miałam kończyć, o. Dla własnych, biednych, niedowartościowanych metryczkowo dzieci.

Ale jak tylko zobaczyłam ten wzorek wiedziałam, że muszę, po prostu MUSZĘ go mieć na ścianie! Oczywiście, nie jako wzorek. Jako gotowy obrazek. Który, no cóż, jak się chce mieć, to go trzeba zrobić.

Pocieszając się, że rzecz jest na najwyżej dwa dni pracy (w normalnych warunkach dałabym radę i w jeden, ale aż tak naiwna nie jestem, chociaż mamiąc samą siebie tym, że w dwa dni się wyrobi też popisałam się dziecięcą wręcz naiwnością) pozmieniałam to i owo, to ujęłam, to dodałam (bo oryginalny wzorek był dziewczynkocentryczny, a - jak wiadomo - ja nie jestem i nie będę matką ani jednej córki), pozmieniałam kolory, i jest:


Prawda, sama prawda, i tylko prawda :).

A ten jest moim ulubionym tekstem:


Używam go nader często. Czasem kilka razy dziennie.

Bywa, że od samego rana :D.

wtorek, 9 lipca 2013

Weles

Ukończony!

Mi samej nie chce się wierzyć, że jednak go skończyłam...

I jak zwykle w takich wypadkach wydawał się całkiem dobry, zanim dodałam backstitche (czyli obramowania, gwiazdki, detale i takie tam, polska nazwa pewnie istnieje, ale jej nie znam, a nawet gdybym znała, słowo "backstitch" jest wygodniejsze i pełne treści :)),



a okazywał się zaledwie poprawny w porównaniu z tym, który objawił się oczom ogółu po dodaniu backstitchów :).



Które to backstitche dodawać uwielbiam, jest w tym trochę magii, coś jakby malowanie, podczas którego ze znanego i wydającego się całkiem dobrym tła wyłania się nagle coś więcej, coś bardziej, coś o wiele, wiele piękniej.

I, tak, tak, wie, teraz powinnam powrócić do metryczek. I taki mam plan. I się go trzymam. Zaciskając pięści i powieki też, ściśle zamknięte na te pokusy, które dokoła...

wtorek, 11 czerwca 2013

Się chwalę. Bezczelnie. Li i jedynie

W komentarzu pod poprzednim postem wierna i czytajaca moje oba blogi Czytelniczka zasugerowała, że powinnam tu wrzucać nie tylko aktualności, ale także przeróżne zabytki, które wykonałam była lat temu sporo, i które teraz kurzą się gdzieś w kątku, albo są użytkowane i zdążyłam zapomnieć, że to właśnie ja je zrobiłam.

Pomyślałam, że właściwie chyba nie mam czegoś takiego, co jest warte pokazywania, co innego aktualności, nawet duperele, ale insze inszości... a potem mi błysnęło, że owszem, mam.

Jedną rzecz.


Mój własny, najwłaśniejszy ślubny welon.


No, może raczej szal, bo jako szal go nosiłam, chociaż welon dałoby się z niego upiąć bez problemów, bowiem wykonany jest z szyfonu, więc lekki, haftowany dwustronnie jedwabiem (teraz bym wybrała zwykłą mulinę bawełnianą DMC, bo z jedwabiem jest masa użerania się, ale wtedy byłam romantyczna - a przecież "haftowane jedwabiem na szyfonie" brzmi prze-prze-przeromantycznie, czyz nie? :)).


Welon, jak łatwo się domyślić, miałam na sobie w życiu raz, co prawda zamierzałam go używać i później przy okazji jakichś wyjść do teatrów/ na premiery/ na cudze śluby/ wykwintne bale/ itepe itede, ale że moje życie osobiste jakoś uwiędło skutkiem popadnięcia w macierzyństwo, zamieszkania w Dziczy i zaliczania licznych chorób i wypadków losowych jakoś się nie złożyło.


I tak sobie pomyślałam, że byłoby szkoda, żeby dzieło mojego życia, które wyszywałam do ostatniego dnia przed ślubem kalecząc sobie palce (bo deadline miałam, taki więcej nieprzesuwalny), kurzyło się smutno zwinięte w szufladzie.


Zwłaszcza, że to chyba jedyna rzecz, z której jestem (prawie :)) zadowolona.


Więc postanowiłam, że się nim chociaż tu

bezczelnie,

nachalnie,

bez skrupułów

i popadając w nieopanowane zarozumialstwo

pochwalę :).