niedziela, 11 czerwca 2017

Kocyk temperaturowy. Zima

Powiem szczerze i otwarcie, że domyślam się, czemu tegoroczna wiosna przypominała zimę, i w dodatku zimę wlokąca się niemiłosiernie i beznadziejnie. Oto dlatego, że (poza dwustoma tuzinami różności, które mogłabym tu pokazać, ale nie pokazałam z wielu powodów) mam dwie rzeczy typowo zimowe i wszechświat dawał mi szansę, żebym się zmieściła - jeśli nie w czasie, to chociaż w entourage'u. I dopiero, gdy jasne się stało, że nie skorzystam z danej mi przez wszechświat szansy, dał on sobie spokój i wybuchnął wiosną.

Ponieważ jednak wiosna też dobiega końca, a jedna z tych zimowych rzeczy ma ścisły związek z rzeczami wiosennymi (i - w przyszłości - z letnimi oraz jesiennymi), wzięłam się i piszę. I pokazuję. I tę drugą zimową rzecz też pokaże, a co! Tylko troszkę później.

A zatem do ad remu.

Czy komukolwiek znana jest idea "temperature blankets"? Przetłumaczyłam to bardzo "na kolanie" na "kocyk temperaturowy", co po polsku brzmi koszmarnie, ale nieźle oddaje ideę projektu.

Kocyki temperaturowe powinny być robione przez cały rok, po jednym rządku dziennie. Kolor włoczki zaś powinien się zmieniać w zależności od temperatury. Na początku roku (chociaż nie musi to być koniecznie początek roku, może być dowolny inny charakterystyczny dzień, dzień własnych urodzin albo Wigilia Bożego Narodzenia, albo dzień zaręczyn, ślubu, rozwodu, jakikolwiek) przygotowuje się rozpiskę temperatur i włóczek do tych temperatur dopasowanych (w dowolnie przez się wybranych kolorach, chociaż widziałam w internecie także gotowe zestawy), na przykład zmieniając włóczkę co pięć stopni, albo co dwa, albo i co dziesięć, takie rozpiski też widziałam, i voila. Jeśli konsekwentnie będziemy wykonywać jeden rządek dziennie, kierując się najwyższą temperaturą danego dnia, po roku będziemy właścicielkami koca, rodzaju pamiętnika, tyle, że dzierganego.

Kocyki temperaturowe od jesieni ubiegłego roku rzucały się na mnie z każdego normalnie zakątka internetu. Pomysł bardzo do mnie przemówił, po czym - o, co za szok, co za zaskoczenie! - natychmiast przerobiłam go po swojemu.

Po pierwsze, zdecydowałam, że będę przerabiać nie jeden, ale dwa rzędy dziennie.

Po dokonaniu obliczeń okazało się, że wyszedłby mi z tego nie kocyk, a dywan, więc wymyśliłam, że zrobię cztery kocyki. Po jednym na każdą porę roku, i po jednym na każde z moich dzieci.

Zaczęłam dziergać w pierwszy dzień zimy.


Kolory wybrałam zimowe, niebieskości, szarości, blada zieleń w dniach, gdy było ciepło. Jak widać po początku kocyka, zima u swego zarania nie była szczególnie ostra.

Ale to się zmieniło z czasem.


I przyznać muszę, że dopiero, gdy kocyk (i zima) zbliżał się do końca widać było, jak bardzo jest to dziergany pamiętnik i jak bardzo dopomaga wspomnieniom.


Wzory zmieniałam po uważaniu, jak mi się ścieg nudził, to go wymieniałam, a bordiurę zrobiłam całkiem prostą, pasującą moim zdaniem do "pamiętnikowego" charakteru kocyka,


bez udziwnień, bez odciągania uwagi od "treści" koca.


Właścicielem od pierwszego w zasadzie rządka ogłosił się Pompon Starszy.


Ale czas płynie, i już robi się kocyk wiosenny, w zupełnie innych kolorach i dla zupełnie innego właściciela.