środa, 6 września 2017

Słoniki indyjskie

Znacie sklepy indyjskie?

Na pewno.

Ja znam i lubię.

Pełne są migotania i intensywnych kolorów, powiewających na wieszakach i lśniących od cekinów i barwnych kamyczków sukienek, spódnic i spodni, szali z długimi frędzlami, torebek w etniczne wzory, dzwoniących na wietrze kolczyków i wisiorków, i nieco kiczowatych, choć dziwnie nie rażących na tle całej tej feerii barw figurek słoni, bogów i kotów, a wszystko to  w chmurze pięknego zapachu kadzidełek różanych czy inne go sandałowca. Odwiedzam je często, oglądam z upodobaniem i prawie nigdy nic nie kupuję.

Ale przy każdych odwiedzinach spoglądam... no, spoglądałam tęsknie na jedną rzecz.

Na słonie.

W sklepach, do których zaglądam, wiszą w wielobarwnych pękach pod sufitami, materiałowe słoniki w powiązanych w pęczki girlandach, kolorowe, intensywne, wirujące przy każdym powiewie powierza od otwieranych przez klientów drzwi do wtóru srebrzystego podzwaniania dzwoneczków, którymi są ozdobione.

Zawsze chciałam sobie takie kupić, i zawsze powstrzymywał mnie albo totalny brak pieniędzy, albo lista potrzebniejszych wydatków, albo rodzone dziecko, czołgające się po podłodze w poszukiwaniu oderwanych od odzieży koralików, które (dziecko, nie koraliki) trzeba było siłą wyciągać ze sklepu, jednocześnie gorąco przepraszając i mając ochotę zapaść się pod ziemię, albo świadomość, że własny mąż czeka przed sklepem, nerwowo spoglądając na zegarek jednym okiem, a na czwóreczkę kochanych dzieciątek drugim.

Rzucałam więc okiem na słonie tęsknie, mówiłam "do widzenia" i wychodziłam, aż pewnego dnia coś się we mnie ocknęło i powiedziało: "Ale w czym masz problem? Chcesz mieć słonie? To je sobie zrób".

Od rzucenia powyższego pomysłu na żyzną glebę mej inwencji twórczej do chwili, gdy zaczął on kiełkować odrobinę czasu upłynęło, ale jak już zakiełkował, ten pomysł, to począł rozrastać się bujnie niby bambus na wiosnę.


Słoniki zostały skrojone z resztek tych ubranek, które mi po misiach zostały, i nareszcie wiem, czemu - niewątpliwie w przebłysku artystycznej intuicji, bo wszak nie ze zwykłej patologicznej oszczędności! - zostawiłam sobie cały worek malutkich i wąskich poklarowych rękawków, zamiast je po prostu wyrzucić.


Z takiego polarowego rękawka, rozmiar "trzylatek" wychodził piękny, mały słonik, który po zszyciu i wypchaniu potrzebował jeszcze tylko eleganckiego wdzianka...


... a jak się już wdzianka dorobił, to należalo je tylko hojnie, z indyjska przyozdobić, i już.

Słoń jak malowanie gotowy.


Gotowe, przyodziane i ozdobione słonie zostały dodatkowo obdarowane klejnotem na czole,


... chociaż zdarzało się, że nie klejnotem, jeśli akurat mi żaden nie pasował/nie miałam odpowiedniego/miałam odpowiedni, ale mi się kłócił z koncepcją twórczą/cokolwiek.


W takim wypadku słonik otrzymywał dzwoneczek, żeby już dokładniusio tak było, jak w tym sklepie, to znaczy, żeby dzwoniło jak wiatr zawieje.


Ponadto, choć cztery slonie to nie są "cztery zielone słonie"


to jednak "każdy kokardkę ma na ogonie" obowiązkowo.


I takie własnie cztery słonie, różnokolorowe słonie


pozostało jeszcze tylko przywiązać do sznurka, oddzielić od siebie dzwoneczkami


i voila.

Mam własną słoniową girlandę, PRAWIE taką, jak w indyjskim sklepie (prawie, bo moje słoniki są jednak trochę większe),


która sobie wisi, czasem nawet na dworze (przy ładnej pogodzie), i delikatnie podzwania dzwoneczkami, gdy zawieje wietrzyk.


Zaś słoniowa rodzina rozrosła się tak bardzo, że - poza tymi, które już znalazly nowy dom - mam pod własnym dachem jeszcze piętnaście egzemplarzy - przed chwilą policzyłam! - i wszystkie te egzemplarze zamierzam tu kiedyś pokazać.

I w dodatku nie powiedziałam w kwestii ich produkcji swojego ostatniego slowa.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Małe misie dwa

Oczywistym dla każdego, kto mnie minimalnie zna jest, że gdy wykonałam jednego malutkiego misia i uznałam, że to super zabawa, wręcz lepsza, niż wykonywanie większych misiów, to na jednym nie poprzestanę i natychmiast zacznę mu dorabiać rodzeństwo.

Co też istotnie nastąpiło.

Chyba już nazajutrz zaczął powstawać Malutki Miś Numer Dwa.


Malutki Miś Numer Dwa był różowy (no, biały w serduszka) i, jako się rzekło, malutki, taki malutki, że nawet pozujący z nim do zdjęcia klucz był od niego większy.


Ozdóbki i dodatki zaś miał w dystyngowanych szarościach, żeby nie było zbyt cukierkowo ;).


Malutki Miś Numer Trzy był turkusowy (co za świetny pomysł swoją drogą, takie małe misie, nareszcie można wykorzystać rękawy dziecięcych polarków, z których przodów i tyłów uszyło się już duże misie i inne kotki!)...


... z dodatkami zimowymi, i w ogóle zimowy w wyrazie.


Oba Malutkie Misie wywędrowały razem do swojego nowego domu i obecnie są narodowości belgijskiej.


A ja nie powiedziałam w kwestii malutkich Misiów ostatniego słowa, ale chwilowo pochłonęła mnie nowa zabawa.

O której... we wrześniu :).

czwartek, 24 sierpnia 2017

Kolory ziemi oraz misie z konikami

Jak wspomniałam w poprzednim poście, koniec (chwilowo) z odzieżą na blogu, koniec (chwilowo) z dużymi projektami, wracam (chwilowo) do drobiażdżków i - excusez - dupereli, by nadrobić zaległości, których jest, zaprawdę, cała masa.

Nadrabianie zaległości zaczynam od konika w kolorach ziemi (z odrobiną niebieskiego).


Konik brązowy powstał na fali mojego zmęczenia kolorami intensywnymi i wibrującymi, które mnie czasem napada.


Rzadko jednak, bo - ubierając się zazwyczaj w kolory stonowane - odczuwam częścią mojej duszy, która jest meksykańsko-hiszpańsko-arabsko-ludowa potrzebę wściekłych kolorów i wzorów.

Poza stonowanymi kolorami konik obfituje jednak w typowe dla wszystkich moich koników dzwoneczki,


frędzelki, dzyndzelki i inne wisiorki.


Poza konikiem w kolorach ziemi wykonałam jednakże również coś, co - uwaga! uwaga! - zapowiedziałam ROK TEMU.

Co daje pojęcie o moim zdyscyplinowaniu jako blogerki rękodzielniczej, nieprawdaż.

Najstarsi Czytelnicy tego bloga być może pamiętają misiowy szał, który tu wspomniany rok temu panował.

I otóż mój własny Pan Małżonek na fali tego szału zaczął marudzić, że on chce misia. Misia chce. Ale nie jakiegoś wielkiego, nienienie. On chce malutkiego misia. Takiego, żeby mógł za breloczek robić.

Cóż było robić. Skoro Głowa Domu sobie życzyła, należało życzenie Głowy Domu spełnić.

I tak powstał mój Pierwszy Maleńki Miś (w kolorach ziemi).


Miś miał szaliczek i łatki z przodu,


łatki z tyłu, i wszystkie detale, które mieli jego starsi i więksi bracia,


tyle, że był naprawdę nieduży.

A konkretnie w porównaniu ze zwykłymi misiami wyglądał tak:


Od roku wisi przy panamałżonkowych kluczykach samochodowych, w związku z tym był z nami wszędzie - na wyjazdach wakacyjnych, feriowych, towarzyskich, weekendowych i normalnych, codziennych, zaliczył masę przygód i jest żywym dowodem, ze istotnie można go prać i czyścić, bez uszczerbku na jego urodzie i fasonie.

A ja natychmiast przystąpiłam do dalszej produkcji misiowych breloczków.

O czym wkrótce.

NAPRAWDĘ wkrótce :).

środa, 16 sierpnia 2017

Lato wszędzie, czyli spódnica trzecia

Trzecią spódnicę zaczęłam robić jako pierwszą, zimą, po nabyciu włóczki, która była titititi, taka śliczna, i co prawda jej nie potrzebuję, ale kupię i potem się zastanowię, co z niej zrobić, co ja będę bywalczyniom tego bloga tłumaczyć stan, które same na pewno dobrze znają.

No więc nabyłam włóczkę drogą kupna i robiłam z niej pasek, coraz dłuższy i dłuższy i dłuższy...


bo już w jego połowie wiedziałam, co z niego będzie, tylko szczegóły miałam niedopracowane.

Gdy pasek był odpowiedniej długości (i w zasadzie nie był paskiem, tylko mógł robić za spódniczkę mini) wygrzebałam z zapasów moją ukochaną lnianą włóczkę Bodrum
i przystąpiłam do dorabiania do spódniczki mini stosowny koronkowy dół...


... a gdy po jakimś - wcale nie tak długim, jak by się mogło wydawać, czasie - dół był gotowy pozostało tylko machnąć paseczek...


i już się miało trzecią letnią spódniczkę.


Trochę nieprzezroczystą, a trochę przezroczystą,


mniej więcej taką samą z przodu i z tyłu,


którą można podziwiać na modelce... to znaczy, modelkę przezentującą którą można podziwiać ostatni raz,


bo ta spódnica to ostatni ciuch*, jaki miałam na warsztacie i po zaprezentowaniu go zamierzam wrócić do koników, kotków, słoników i koszyczków, które czekają w długaśnej kolejce, niecierpliwie przebierając nóżkami!


*właśnie sobie przypomniałam, że jestem na etapie przerabiania swetra metodą "jak mi się przypomni to zrobię parę rządków", pocieszając się przy tym myślą, że na przedstawianie tutaj swetra mam jeszcze całą jesień i zimę... tak czy inaczej wychodzi na to, że przedostatni.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Lato wszędzie, czyli spódnica druga

Miałam ci ja spódniczkę. Zwykłą. Dżinsową.


I krótką.

Zdecydowanie za krótką.

Oczywiście wiem, że są fachowczynie, ktore potrafią popylać po ulicach w odzieży jeszcze krótszej, i nawet siadać tak, żeby im desusów widać nie było, ale że nie należę do tych szczęściar, spódnica leżała sobie w szafie i czekała na przebłysk pomyslowości, który w końcu nastąpił.

Zaowocował ujęciem w dłoń motka melanżowej włóczki bawełnianej, szydełka i wykonaniem kilku granny squares,


które zostały przyszyte do dołu spódniczki.

Na lewej kieszonce z przodu doszyłam malutki kwadracik,


na tylnej prawej, żeby nudno nie było ani też powtarzalnie, paseczek siateczki


i już.

Miałam całkiem nową oraz noszalną odzież.


Którą teraz zaprezentuję (wzdech) na modelce (wzdech), aby zadowolic Kochanych, Domagających Się Modelek, Czytelniczek (wzdech, wzdech).

Voila. Na modelce.

Z przodu...


Z tyłu...


 I tak wogle ;).


W sam raz na lato, które ostatnio zrobiło się całkiem letnie!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Lato wszędzie, czyli spódnica pierwsza

Ponieważ lato nadeszło, i to nawet nie jest takie zimne, jak posępnie piszą w internetach (w każdym razie tam, gdzie przebywam, nie jest) porzucam chwilowo myśl o wrzucaniu tu szala z alpaki i przerzucam się na spódnicę (a nawet trzy), którą (a nawet które) udało mi się jakimś cudem skończyć i teraz zamierzam ich używać bez opamiętania i bez względu na pogodę. Prawie.

Pierwszą ujrzałam na jakimś pokazie mody, nie pamiętam czyim, a w dodatku nie była spódnicą, ale sukienką.


I sukienka jak sukienka, nie dla mnie jako osoby silnie podobnej do powyższej modelki w budowie klatki piersiowej (co modelce nie przeszkadza, i świetnie, ale mi i owszem), ale ta spódnica!!! Oszalałam z zachwytu i obiecałam sobie, że będę taką miała, choćby nie wiem co.

Jak pomyślałam (zimą), tak zrobiłam, wybrałam włóczkę (lnianą, Bodrum firmy Alize, jedną z tych włóczek, których przerabianie działa na mnie jak SPA, masaż, seans hipnotyczny z muzyką relaksacyjną w tle i w ogóle) i siedziałam sobie, i dziergałam na drutach z żyłką, czego nie lubię, ale czegóż się nie robi, nieprawdaż.


Z przodu leciał wzorek, z tyłu, jako, że odpowiednia ilość raportów wzoru uczyniłaby ze spódnicy namiot, a mniejsza sprawiłaby, że się w odzież nie wcisnę, dodałam prosty warkocz,


i dziergałam, dziergałam, aż uświadomiłam sobie, na szczęście we właściwej chwili, że jeśli dalej będę tak dziergać to zamiast tańczącej wokół nóg spódnicy poczynię długą i raczej ciasną rurę.


Uczyniwszy powyższe spostrzeżenie zaczęłam dodawać między raportami wzoru warkocze, rozszerzające się ku dołowi


i tak, dziergając radośnie i cierpliwie, wreszcie skończyłam.


Spódnica jest dość długa (choć nie tak, jak ta na modelce) oraz wszechstronnie dziurawa, w związku z czym używam sobie pod nią halki, która sprawia, że kreację ochrzciłam natychmiast "raz na ludowo".


A dla różnych purystów, co to bez modelki im się nie liczy (nie będę tu nazwiskami rzucać, ale, Jarecka, wstań, jak do Ciebie mówię!) spódnica na modelce z przodu,


z tyłu (zwrócą Państwo uwagę na szew biegnący przez tylne krągłości, jak u Marylin Monroe w "Pół żartem, pół serio" normalnie!),


z boku


oraz "raz na ludowo" :).