Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 maja 2019

Kotcyk na (trochę) różowo

Jako mistrzyni w prowadzeniu tego bloga, błyskawica, dbająca o kontakt z Czytelnikami wzorowa blogerka i w ogóle zamiast od razu pokazać także drugi kotcyk odczekałam dłuższą chwilę, pozwoliłam zapomnieć, że taki bloguś jak ten w ogóle istnieje, a teraz wszystkich zaskoczę wpisem :D. To jest taka... eeee... nowa metoda influencerska, tak sobie będę powtarzać i, ukoiwszy sumienie, przechodzę do ad remu.

Pierwszy kotcyk był niebieski, drugi kotcyk miał być różowy, ale nie nazbyt dobitnie, bo Właścicielka właśnie wyrasta z fazy różu, a i pokój ma elementy fioletowe z zielenią.

Wybrawszy stosowne włóczki


wybrałam też kota,


po czym po dłuższej chwili pracowitego produkowania, gdy kotcyk był już gotowy


pozostało tylko go ometkować,


złożyć,


to znaczy nie, zanim go złożyłam należało go obfocić w towarzystwie starszego braciszka,


z profila, do góry nogami, z metkami i bez, jak w duszy gra, fantazja podpowiada, a sprzęt fotograficzny (nie najlepszy, oględnie mówiąc) i warunki atmosferyczne (kapryśne) pozwalają,


a dopiero potem spakować


 i wysłać, bardzo się starając, by na pewno zdążyły dotrzeć do miejsca przeznaczenia przed Wielkanocą, co się szczęśliwie udało.

Zas z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że się nawet całkiem spodobały...

niedziela, 14 kwietnia 2019

Kotcyk na niebiesko

Kotcyki, czyli kocyki z kocim motywem, miały być dwa i nie ukrywam, że stanowiły wyzwanie.

Przede wszystkim przez swój rozmiar - miały być duże, a duże rzeczy robi się długo.

A ponadto byłam pewna, że ja nie umiem robić rzeczy w koty :). Ani w ogóle w nic, gładkie i we wzorek - tak, w postacie, jakiekolwiek - nie.

Ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, Zamawiająca miała świętą cierpliwość, ja siedziałam i kombinowałam licząc oczka, aż wykombinowałam coś, co nie będzie miało rozmiaru boiska do piłki nożnej po zrobieniu.


Kota robiłam ściegiem tkanym, którego nienawidzę, i który powoduje u mnie bój rąk, ale który pozwala na wrobienie w dowolny twór dowolnego obrazka w normalnym rozmiarze.

Z boku kota dodałam "kwadratową mandalkę" :), która zapewniła kotcykowi wymaganą szerokość,


a potem to już poszło mniej więcej jak zwykle.


Tradycyjnie poszłam w pełną improwizację, która po (dłuższym) czasie dała następujący efekt:


Ze względu na rozmiar kotcyka (nie mierzyłam go dokładnie, ale blokowałam go na własnym łóżku, ono ma 140 cm na 2 metry, a kotcyk zajmował znaczną przestrzeń), nie było łatwo zrobić mu dobrego, całościowego zdjęcia


ale dokładałam starań.


Tak czy inaczej, sfotografowany czy nie, kotcyk nareszcie był gotów


i mogłam go spakować oraz poświęcić się produkcji następnego.


Który, nawiasem mówiąc, jest już gotowy, zostanie tu zatem zaprezentowany w dniach najbliższych.

poniedziałek, 22 października 2018

Morski kocyk

Zamówienie na kocyk dostałam... chyba w kwietniu? Nie pamiętam. Dawno temu w każdym razie, ale wiedziałam, że wręczany będzie w październiku, miał być bowiem prezentem urodzinowym.

Październik zbliża się do końca i pomyślałam sobie, że mogę go już tutaj pokazać.

Morski kocyk, dodam tonem koniecznego wyjaśnienia, nie musiał być morskim kocykiem. W ogóle Zamawiająca zostawiła mi pełną wolność, byle było kolorowo i może trochę w stylu moich kocyków temperaturowych.

Nic prostszego, lepszego i piękniejszego, przygotowałam włóczkę, rzuciłam okiem na kolory i jakoś tak mi się skojarzyły z zachodem słońca nad morzem.

Tak właśnie urodził się morski kocyk.

Zaczął się od plaży...


...by płynnie - nomen omen - przejść do fal.


A gdy fale już szumiały i obmywały brzeg pojawiło się zachodzące za nie słońce.


Czy też raczej łuna po słońcu, które już zaszło.

Do gotowego kocyka


pozostało tylko przyszyć metkę


i kocyk gotowy był do drogi.


Mam nadzieję, że spodobał się Szanownej Jubilatce, i że będzie ją nie tylko grzał, ale także przypominał lato i morze w długie jesienne i zimowe wieczory.

niedziela, 31 grudnia 2017

Cztery kocyki dla czterech chłopczyków - kocyk temperaturowy, jesień

Tak sobie pomyślałam, że na kolejny, ostatni kocyk nie powinnam pozwolić czekać moim Kochanym, Nielicznym (a wręcz Jedynemu) Czytelnikom przez kolejne pięć miesięcy, zwłaszcza, że ten jest już gotowy.

Kocyk Jesienny.

Ostatni.


Kolorystycznie wyszedł bardzo dopasowany do pory roku, której patronuje, ale też dość zróżnicowany, ponieważ jesień rozpoczęła się wrześniowym uderzeniem ciepła,


a skończyła grudniowymi przymrozkami,


więc kocyk ma w sobie i najciemniejsze (najcieplejsze) czerwienie z brązem, i najjaśniejsze (najzimniejsze) bledziutkie zielenie. Z cała paletą rudości i żółtości pośrodku.


Bordiurkę ma tradycyjną, więcej niż skromną, tak, żeby się nie różnił od trzech pozostałych.


I tak, z ostatnią pętelką bordiury, dotarłam do końca Wyzwania Kocykowego na rok 2017.

Oto są, wszystkie cztery.


Cztery temperaturowe kocyki dla czterech chłopców na cztery pory roku. Pamiętnik pogodowy roku 2017. Nigdy już nie będę mogła powiedzieć "Ach, tamto lato było koszmarne i zimne, a w tamtą zimę w ogóle nie było śniegu!" :).

Chociaż jednak jestem zadowolona, że spróbowałam (a jeszcze bardziej, że mi się udało :)) nie ukrywam, że odczuwam ulgę, że nie muszę już tak precyzyjnie odnotowywać pogody o określonej godzinie (ale ciągle sprawdzam, pewnie odwyknę za parę miesięcy, ale na razie wyuczony odruch trzyma się mocno) i pilnować się, żeby na pewno wykonać te obowiązkowe dwa rządki dziennie, bo jak nie wykonam, to mi się nawarstwi.

Teraz zamierzam oddawać się, zaczynać, porzucać i wracać do robótek nieregularnie, jak mi się będzie chciało i zgodnie z tym, co mi w duszy gra.


I z życzeniami, by tak samo wyglądał Wasz robótkowy rok 2018, radosny, obfity w pomysły i barwny, kończę mój ostatni post w roku 2017.

Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!

sobota, 16 grudnia 2017

Koszyczki

Jako świeża użytkowniczka Instagrama (Instagram zresztą to ZUO, miejsce pełne pokus i różnych różności, na które niewinny człowiek by się nigdzie nie natknął, oraz małych firemek założonych przez natchnionych wizjonerów oraz wizjonerki, kochających to co robią i umiejętnie kuszących niewyżytych rękodzielników, takich jak niżej podpisana na przykład) spędzałam tam na początku tego roku sporo czasu i  one musiały mi się po prostu rzucić w oczy.

Rzeczy robione z tzw. włóczki T-shirtowej, czyli grubego włókna (a raczej pasków) pochodzących z recyclingowanej odzieży bawełnianej.

Były to głównie dywaniki i koszyczki, a że dywanik (a nawet kilka) już w swym życiu popełniłam postanowiłam spróbować zrobić koszyczek.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam - wykonałam na wielkanocny (tak, to jeden z tuzina Bardzo Zaległych Postów o Bardzo Zaległych Pracach, które powinnam pokazywać tak z miesiąc codziennie, aby wygrzebać się z zaległości) prezent zestaw dwóch koszyczków dla mojej Teściowej, która trzy czwarte roku spędza na Mazurach w małej chatynce, którą to chatynkę przyozdabia namiętnie rękodziełem i rzeczami wygrzebanymi na targach staroci.




Uznałam, że moje koszyczki będą do jej kolekcji całkiem dobrze pasować, a w dodatku są praktyczne i mogą służyć do czegoś więcej niż zbieranie kurzu.




Robienie koszyczków spodobało mi się na tyle, by machnąć jeszcze zestaw dwóch kolejnych, dla mojej mamy.





Która co prawda nie ma chatynki na Mazurach, ale dzieli z moją Teściową namiętność do rękodzielnych drobiazgów i targów staroci oraz wszelkiego rodzaju bibelotów.




Tak się przy okazji złożyło, że w okolicy Wielkanocy właśnie napisała do mnie Czytelniczka.

Miła Czytelniczka pisała, że obie z Córką czytują mojego bloga macierzystego i z przyjemnością oglądają bloga robótkowego (zapewne one własnie robią mi całą ilość wejść :)), Córka wychodzi za mąż w sierpniu i Czytelniczka wymyśliła, że zamówi u mnie coś. Cokolwiek. Jej Córka zawsze wyrażała opinię, że chętnie przygarnęłaby coś wykonanego moją ręką i Mama postanowiła zrobić jej taką niespodziankę.

Mail był wzruszający z wielu powodów, przejęłam się szalenie, jednakże ilość informacji zawierał skąpą. Czytelniczka po prostu ucieszyła się, że jestem skłonna coś dla Jej Córki wykonać i było jej najzupełniej obojętne, co. Ja zaś natychmiast ujrzałam oczyma duszy wspomnianą Córkę dogłębnie rozczarowaną tym nie-wiadomo-czym, bo przecież ja zupełnie nie wiem, co to nie-wiadomo-co mogłoby być!

Ponieważ jednak byłam na etapie dziergania koszyczków pomyślałam, że koszyczki to nie byłby zły pomysł ze wspomnianych wyżej powodów. Praktyczne są, a jak się nie spodobają można je komuś oddać i ten ktoś może ich używać, a nie rzucić w kąt jako totalny niepotrzebnik.

Koszyczki zrobiłam trzy, mieściły się w sobie jak matrioszki, Czytelniczce przypadły do gustu, przed wysłaniem ich w drogę obfotografowałam je, po czym mój Drogi Mąż błyskotliwie zaktualizował mi telefon, co zaskutkowało pożarciem wszystkich zdjęć, i jedyna fotka, jaka mi się ostała jest blada i niedoświetlona.


Zapewniam, że koszyczki wyglądały lepiej w realu. Dorzuciłam do nich serduszka (tak, moja natura Producentki Niepotrzebników jest silniejsza niż wszelki rozsądek),


(nawiasem mówiąc zdjęcia serduszek też zostały pochłonięte przez Wraży Telefon, to jedno, które się ostało szczęśliwie wrzuciłam na Instagrama), wysłałam i z drżeniem serca czekałam na werdykt.

Po pewnym czasie otrzymałam od Panny Młodej przemiłego maila z podziękowaniami i zdjęciami (autorami których jest firma WDuecie), na których widnieje także mój koszyczek (ten największy), który na ślubie służył do zbierania listów i telegramów z życzeniami.

Jako, że uzyskałam zgodę na ich publikację, z przyjemnością je tu prezentuję:




Było mi niezwykle miło uczestniczyć w tak pięknym dniu, choćby tylko bardzo per procura :).



A jeśli chodzi o dzierganie grubaśności to następnie przyszła kolej na SZNUREK.

O czym wkrótce.

czwartek, 30 listopada 2017

Kocyk temperaturowy - lato.

Lato minęło daaawno temu, nawet jesień już się chyli... no, może jeszcze się nie chyli, ale półmetek minęła, a i śniegiem zdążyła sypnąć, a tymczasem na blogu nie było jeszcze letniego kocyka temperaturowego i lada chwila wszyscy dwaj Czytelnicy tego bloga dojdą do wniosku, że tego kocyka w ogóle nie ma.

A otóż jest, o, proszę bardzo:


Jak widać w letnim kocu postawiłam na żółcie, pomarańcze i czerwienie, im było cieplej, tym kocyk robił się czerwieńszy


 i całkiem wyraźnie widać, że tegoroczne lato, odsądzane tu i ówdzie od czci i wiary, nie było wcale takie zimne, jak niektórzy chcą je pamiętać (najciemniejszy żółty to temperatury od 22 stopni, a najciemniejsza czerwień -  powyżej 35 stopni Celsjusza).


Poza ty wszystko jak zawsze, skromna bordiurka, wciąganie dwóch milionów nitek, te rzeczy.


I już. Już można było dobyć skompletowaną włóczkę na kocyk jesienny i przystąpić do dziergania.


Co czynię wytrwale.

wtorek, 27 czerwca 2017

Kocyk temperaturowy. Wiosna

Lato zaczęło się zaledwie kilka dni temu, a tu - o, cóż za zaskoczenie!!! - okazuje się, ze na mój kolejny kocyk temperaturowy nie trzeba będzie czekać aż do jesieni, a zaledwie wspomniane kilka dni, które były mi niezbędne dla wciągnięcia dwóch milionów nitek oraz zrobienia skromnej bordiurki.

Od pierwszego rzutu oka widać, że tegoroczna wiosna nie rozpieszczała nas temperaturami na początku,


chociaż później się wzięła za siebie i poprawiła.


Bardzo to ładnie widać, gdy kocyk się przezentuje w całości, co mnie do idei kocyków temperaturowych tym bardziej przekonuje.


Kocyk zaanektował na własność Pompon Młodszy, udostępniając go uprzejmie (i na krótko) wyłącznie w celu zrobienia mu sesji fotograficznej w plenerze,


po czym zagarnął go w opiekuńcze objęcia i czule odniósł na piętro, gdzie starannie (jak nie on normalnie) rozłożył go na swoim łóżeczku.

Ponieważ Czytelniczki w komentarzach pod wpisem o kocyku zimowym (i  nie tylko tam) pytały o szczegóły produkcji, wyciągnęłam miarki, opisy i banderole od włóczek i odpowiadam:

używałam włóczek Altin Basak, motki 300 m na 100 g. Szerokość kocyka - 198 oczek, szydełko numer 3,5 (chyba, robię szydełkiem odziedziczonym po Mamie, ukochanym, metalowym, takim, jakich już się nie produkuje, opatrzonym jakimiś tajemniczymi numerami nie mającymi nic wspólnego z obecnie obowiązującą numeracją, ale na oko jest to 3,5 właśnie). Z tej grubości włóczki dobrze robi się też 4. Ukończony kocyk mierzy 68 na 158 cm. Wzory dobieram po uważaniu, bo szybko się nudzę i nie wyobrażam sobie lecieć całości na przykład tylko półsłupkami, ale widziałam w necie i takie, i też są piękne.

A kocyk letni - bo i o to Dziewczyny pytały - będzie w odcieniach żółto-pomarańczowo-czerwonych, im cieplej tym czerwieniej, i tylko mam nadzieję, że lato pozwoli mi w ogóle użyć czerwonego... bo na razie się na to nie zanosi :).