sobota, 28 lutego 2015

Diabelsko

Jakiś czas temu na swoim fanpage'u na Facebooku ujrzałam przyjemną liczbę 666. Ponieważ wiem z obserwacji, że na przeróżnych fanpage'ach polubiający numer 666 otrzymują a to książkę z elementami grozy, a to kubeczek z diabełkiem, a to inny okolicznościowy gadżet postanowiłam, że i mój Polubiający dostanie prezent.

Diabelski.

Oczywiście najbardziej diabelskim prezentem byłoby podesłanie Polubiającemu moich własnych dzieci, a choćby tylko Pomponów (i choćby tylko na weekend), ale nie jestem z natury aż tak okrutna, no i nie chciałabym ryzykować, że przerażony Polubiający odlubi moją stronę natychmiast i jeszcze jej antyreklamę zrobi, a tego byśmy nie chcieli.

Powodowana powyższym wykonałam - po skonsultowaniu się z Polubiającym , który wszak mógł się okazać:

a) zbyt dojrzały wiekiem,
b) zbyt dojrzały temperamentem,
c) zbyt niechętnie nastawiony do wszelkich gadżetów,
d) zbyt niechętnie nastawiony gadżetów z diabełkami, choćby najbardziej niewinnych,

lecz się nie okazał, etui do telefonu w formie Diabelskiego Kotka,





zapinane z tyłu na stosownego koloru guziczki.


Już dotarł do miejsca przeznaczenia i podobno służy, jak powinien :).

niedziela, 22 lutego 2015

Jeszcze Bardziej Potforrnie

Jakiś czas temu zobaczyłam gdzieś w internecie coś, co się nazywało "Worry Eater". Była to zabawka w kształcie ludzika z buzią zamykaną na zamek, która służyła do tego, by dziecko mogło "wkładać" swoje zmartwienia zabawce do brzuszka, zamykać jej buzie i w ten sposób, symbolicznie, się ich pozbywać.

Pomysł mi się nadzwyczajnie spodobał, zwłaszcza, że jeden z moich Potomków to urodzony, zamartwiający się wszystkim, niezbędnie potrzebujący Worry Eatera malkontent, ale od razu wiedziałam, że wszywanie zamka mnie przerośnie.

Pomysł jednak, raz zasiany, rósł i ewoluował, aż wreszcie, taki wyewoluowany, wydał owoce.



Moje Worry Eatery przyjęły postać tub, w środku usztywnionych filcem, na zewnątrz obszydełkowanych, a przeznaczonych do przechowywania różności, czy to ołówków, czy to cukierków, czy klocków Lego, na które pojemników w Domu w Dziczy wciąż jest za mało.

Potfórr Potomka Młodszego:




Potfórr Potomka Starszego:



Ponieważ istniało ryzyko, że Pojemniki Na Różności, wykorzystywane bez przerwy, rozpadłyby się po tygodniu wpychania im w gardziele rąk aż po łokieć w celu wydobycia tego ostatniego, najostatniejszego cukierka/ klocka Lego kryjącego się w jego wnętrzu, dół każdego Potforra jest klapką, którą można otworzyć i tego cukierka wytrząsnąć (copyrights pomysłu by Pan Małżonek). Tym samym Potforry "robią kupkę", jak natychmiast, chichocząc patologicznie i robiąc głupie miny orzekły Potomki, wzdech.


Ale czym będą tę kupkę robić pozostaje zagadką, bo żaden z Potomków jeszcze nie zdecydował, jakie będzie przeznaczenie Potforrów.

Może nawet zostaną Worry Eaterami, kto wie :).

sobota, 31 stycznia 2015

Potwornie

Nie jest tak, że w styczniu w Domu w Dziczy niczego się nie robiło.

Robiło się sweter, ale tak prosty i nużący, tak bardzo bez żadnych skomplikowanych splotów, wzorów i liczenia oczek, że nie ma właściwie czego pokazywać.

Skrzydełka dla kucyka się robiło,


bowiem kucyk zamówiony i otrzymany na Gwiazdkę przez Pompona Młodszego skrzydełka miał (i ma),


a ten Pompona Starszego nie miał, chociaż to jednorożec,


 ale co to za jednorożec bez skrzydełek, nieprawdaż, w związku z czym Pompon Starszy chodził za mną jak cień i z dużym naciskiem domagał się usunięcia tej niewątpliwej pomyłki. Więc cóż miałam robić (zwłaszcza, jeśli nie chciałam zwariować  od natrętnie brzęczacego w moich okolicach głosiku, a tak się składa, że nie chciałam), wzięłam i usunęłam, i obecnie kucyk jest Jednorożcem Ze Skrzydłami.


Ale nade wszystko robiło się etui na tableta dla Potomka Starszego, który swoim etui siał hojnie w różnych miejscach i okolicznościach przyrody niemal jak jego matka komórką, z tą różnicą, że Potomek Starszy swojego tableta kocha. Z tej miłości sypia z nim, wozi go ze sobą wszędzie i chowa w przeróżnych miejscach, i gdy po raz kolejny udało mi się cudem nie nadepnąć na urządzonko, ukryte pod łóżkiem Potomka, albo wytrząsnąć je z hukiem na podłogę przy okazji poprawiania kołdry na dziecięciu uznałam, że sytuacja dojrzała do interwencji.

Skutkiem tej interwencji jest Potworne Etui,


w środku wyścielone i usztywnione filcem, na zewnątrz zdobne w zęby i czułki,


które można oto podziwiać en face,


na leżąco


i na siedząco,


i którego Potomek Starszy nawet używa.

Chwilowo.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pada śnieg

Czytelnicy, którzy bywają na moim fanpejdżu na FB wiedzą, a cała reszta właśnie się dowiaduje, że moja Matka została okradziona niedługo przed świętami.

Złodziej włamał się do jej piwnicy i wyniósł z niej tylko jedno pudło (i nie dlatego, że był to artystycznie wyrobiony złodziej, tylko dlatego, że niewiele więcej tam było do wynoszenia, no, chyba, że ktoś by się połakomił na letnie obuwie, słoiki z kompotem albo szkolne zeszyty przechowywane na pamiątkę przez moją Siostrę) - to, w którym znajdowały się wszystkie zabawki na choinkę i świąteczne ozdoby produkowane przeze mnie (i inne osoby też, ale jednak głównie przeze mnie). Zniknęły wszystkie choinki, aniołki, bombki i gwiazdki, wszystkie te rzeczy, które dodawałam co roku do prezentów, a z których moja Matka się cieszyła, bo jest sroką i bardzo lubi niepotrzebniki.

Po otrzymaniu wiadomości o włamaniu zdenerwowałam się straszliwie, a jeszcze bardziej żal mi się zrobiło własnej Matki i jej sroczego temperamentu, bardzo zawiedzionego, bo cały dom był, jak smutno zeznawała moja Matka przez telefon, taki pusty i smutny, zgarnęłam z własnych szuflad trochę rzeczy, których sama w tym roku nie będę używała i podarowałam je przygnębionej rodzicielce, a oprócz tego postanowiłam, że bez względu na aurę za oknem zrobię swojej Mamie śnieżne płatki.

I zrobiłam.

Za oknem całą Wigilię lało jak z cebra, ale moja Matka dostała swój własny śnieg.


Trzeba było usłyszeć te piski szczęścia, gdy w wigilijny wieczór obdarowana otworzyła pudełeczko z prezentem :)!


Jednakże przyrzekła sobie nigdy więcej nie trzymać go w piwnicy...

wtorek, 23 grudnia 2014

Nadlecieli anieli

 Święta zbliżały się wielkimi krokami.

Bez bałwanków, filcowych aniołków, bez bombek i gwiazdek tym razem.

Tym razem kłębek kordonka ze złotą nicią wyjrzał z koszyczka i zaczął się plątać w kształt aniołka.


Plątał się i plątał, anioły się namnażały i namnażały, prawie jak drożdże w świątecznej strucli,


aż zaczęły wychodzić z koszyczka i ruszyły w świat.


Po drodze dorobiły się też kolegów (i koleżanek, prawdopodobnie :))w innych kolorach, czerwono-złoto-tęczowych,


złotawych w tęczowych haleczkach, wyglądających spod sukienek,


tęczowo-złotych,


i takich złocistych w sukieneczkach z cieniowanym brzegiem,


i jeszcze innych, których nie zdążyłam "zdjąć" :).

A ponieważ dostałam cynk, że wszystkie Skrzydlate Istoty dotarły już do miejsca swego przeznaczenia prezentuję je na blogu.

Życząc Wam wszystkim, kochani Czytelnicy i Oglądacze, najlepszych na świecie świąt, pełnych inspiracji!

niedziela, 14 grudnia 2014

Licho, Licho, więcej Licha

Niewykluczone, że te nieliczne osoby, które odwiedzają tylko tego bloga nie wiedzą, co to Licho. To znaczy, zasadniczo wiedzą, ale mówiąc "Do licha!" mają na myśli zupełnie co innego niż ci Czytelnicy, którzy zaglądają na mojego bloga głównego, ci, którzy znają Lichotkę i jej mieszkańców z książki Marty Kisiel, no i to, co sama mam na myśli.

Bowiem ja sama myśląc o Lichu od pewnego czasu myślę o małym, zasmarkanym Aniołku...


 z włoskami przypominającymi celofan i unoszącymi się przy każdym podmuchu...


metr pięćdziesiąt samej słodyczy...


chociaż oczywiście mniejsza skala została wymuszona przez okoliczności...


z tęczowymi oczkami (które, owszem, stanowiły problem techniczny, ale nie takie problemy się rozwiązuje, jak się chwilę pomyśli)...


w bamboszkach z gigantycznymi pomponami...


w T-shirtach ozdabianych wizerunkami bohaterów dziecięcej (i nie tylko) masowej wyobraźni...


i z uczuleniem na pierze, które skłania je do dokonywania depilacji skrzydeł (tu: przerwanej w połowie).


Tak je w każdym razie widzę.


I takie właśnie zasiądzie już wkrótce na czubku choinki w Domu w Dziczy.

sobota, 29 listopada 2014

Granny Square Festival, część kolejna, jesienno-zimowa

Jakiś czas temu gdzieś tam, nie bardzo już pamiętam gdzie, natknęłam się na ten komin:

Źródło
i doznałam zachwytu oraz przeczucia, że powinnam, ale to bezwzględnie powinnam sobie zrobić coś podobnego. Wczytując się we wzór odkryłam, że komin ze zdjęcia jest robiony cieniowaną włóczką Dropsa i oddałam się pohamowywaniu wyjącego w mojej duszy przeświadczenia, że muszę! ależ absolutnie! muszę, już natychmiast! po prostu muszę tę włóczkę nabyć, bo rzecz robiona czymkolwiek innym nie będzie wystarczająco efektowna.

Po wewnętrznej walce niechętnie uznałam jednak, że owszem, włóczka jest bardzo piękna i robione z niej rzeczy też, ale kupować jej nie trzeba, a nawet się nie powinno, skoro ma się we własnym składziku liczne kłębuszki


czekające swego przeznaczenia. Przeznaczenia, które oto właśnie przemówiło.

I rzeczywiście, po kilku dniach intensywnego dziergania uznałam, że - aczkolwiek nie tak piękny jak oryginalny - mój komin, pierwszy w życiu, też da się oglądać i nawet nosić,


i uspokojona tą konstatacją spokojnie zabrałam się do dorabiania do komina pasujących mitenek, które nosić będzie można albo na gołych dłoniach


lub też, w wypadku nadejścia szczególnie lutych mrozów, na rękawiczce jako dodatkową warstwę docieplającą.


A gdy miałam zrobiony komin i mitenki


dorobiłam jeszcze czapeczkę z chwościkiem


i teraz mogę spokojnie i z podniesionym czołem czekać na zimę.


A ponieważ ostatnio zdjęcia z modelem zyskały na tym blogu zachęcający poklask, proszę, prezentuję - oto Model spowity w dzieło rąk swej matki.


Zrobiłabym mu także zdjęcie w czapeczce, ale, niestety, spada mu ona na nos i byłoby to tylko zdjęcie komina spotykającego się z czapeczką i małym fragmentem brody Potomka Starszego pomiędzy :).