sobota, 15 sierpnia 2015

Pędzą konie...

Zaczęły za mną chodzić konie.

Oczywiście nie dosłownie. Po prostu nie było dnia (jakiego dnia! godziny nie było!), bym, wchodząc na swoje ulubione rosyjskie fora rękodzielnicze  (te, które powinny być zabronione, zwłaszcza innym rękodzielniczkom, bo wizyty na nich odchorowuje się i popada się w przekonanie, że samej nic się robić nie umie) nie natykała się na koniki.

Stojące i wiszące, haftowane i filcowane, malowane, ozdabiane aplikacjami, o, na przykład takie, ...














oraz plecione ludowe rosyjskie i ukraińskie koniki...


no dosłownie pełno ich było, wszędzie.

Większość była szyta.

Ja zaś, jak wszystkim wiadomo, szyć nie potrafię.

Ale w momencie, gdy koniki, miałam wrażenie, zaczną mnie atakować w chwili, gdy otworzę lodówkę, gdy śniłam o nich i myślałam na jawie, i czułam, że muszę jakiegoś zrobić, bo zwariuję, wpadłam na pomysł, że należy je po prostu uszyć z czegoś, co się nie siepie (gdyż, że tak wstydliwie wyznam, siepanie to jest ten koszmar, który sprawia, że nigdy nie zabieram się do szycia i te wszystkie patchworki wirujące mi w głowie pozostaną li tylko kwestią moich tęsknych marzeń).

A ponieważ szyć nie umiem, powinien to być także materiał tani, najlepiej niepotrzebny, żeby, jak się już mi te koniki nie udadzą, nie było ich żal wyrzucić.

Taki, na przykład, polar.

Z takich, na przykład, ciuszków, znoszonych przez cała czwórkę Potomków i za małych już na wszystkich, a których nie wyrzuciłam, bo wciąż zapominałam, że powinnam zrobić w dziecięcych szafach porządek oraz kęsim.

Podbudowana dodatkowo myślą o ekologicznym aspekcie wykorzystania nikomu niepotrzebnych szmatek dokonałam pobieżnego przeglądu szuflad Pomponów i zabrałam się do pracy.


Narysowałam szablon, wycięłam kilka koników z kilku różnych przymałych polarowych dresików, sfastrygowałam je, zszyłam, i przystąpiłam do ozdabiania.


Pierwszego konika zaklepał dla siebie natychmiast Pompon Starszy.




Drugiego Potomek Młodszy, który dodatkowo zażyczył sobie konkretnych zdobień...





pasujących mu do temperamentu (no, i ewentualnie do Dnia Świętego Patryka :)).



Trzeciego miał dostać Pompon Młodszy, ale ostatecznie trafił on do mojej Matki w dniu jej imienin,





ale konik dla Pompona Młodszego już się robi,


i nie będzie to moje ostatnie słowo,


gdyż okazało się, że robienie koników jest bardzo odstresowujące, trochę jak tworzenie mandali :).

No i dlatego, że mam jeszcze jednego syna, który już kolor swego konika wybrał, oraz Teściową, która niczego nie wybierała, ale jako osoba kochająca kurzołapki na pewno jakiegoś zechce przygarnąć.

Chociaż może będę między produkowaniem jednego konika a kolejnego czynić krótkie przerwy, gdyż wczoraj właśnie dotarła do mnie paczka pełna Dropsów od Galeryjki Za Miastem

i po prostu nie mogę się powstrzymać, by sobie odrobiny tej alpaki nie wypróbować, zwłaszcza, że to jest pierwsza alpaka w moim życiu.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Aplikacje

No, dobra, wiem, że mnie tu wieki nie było, ale to nie znaczy, że przez te wieki zamarłam w bezruchu.

Przeciwnie, robota mi w rękach kipiała, o, tak:


co w zwolnionym tempie daje następujący obrazek mojego kącika robótkowego, w którym się zazwyczaj kulę:


Co więcej, większość prac z tego kącika, na zdjęciu znajdujących się w fazie embrionalnej, zostało ukończonych, i nawet zostanie tu przedstawionych, chociaż umówmy się, że prezentację ozdobnych jajek wielkanocnych zrobię w stosowniejszej porze.

Dziś będzie jednak o czymś, czego w powyżej zamieszczonym bajzlu nie ma.

Jakiś czas temu moja Matka nabyła dla mnie bluzko-koszulę w stylu boho.

O tym, że styl boho w ogóle istnieje, i że ma jakąś nazwę jako osoba obojętna na modę jak mało kto, dowiedziałam się z miesiąc temu.

Że go lubię, a nawet stosuję, też się nie bez zaskoczenia wtedy właśnie dowiedziałam.

Styl boho jest nieco hippisowski, tu się leje, tam zwisa, ówdzie powiewa, tu ma falbankę, tam haft ludowy, gdzieś tam - szydełkową wstawkę, obfituje w łaty, frędzle, dzwoneczki, guziki i  kolorki, i ogólnie jest bardzo swobodny, obszerny, etniczny, fantazyjny i na wiele pozwalający.


Źródło
W każdym razie koszulobluzka bardzo mi się spodobała, w dodatku odkryłam, że mam do niej idealną spódnicę.

Z dziurą.

Planowałam zakryć czymś tę dziurę od jakiegoś czasu, ale dotąd nie miałam motywacji, którą właśnie zyskałam, więc, nie kombinując zbyt długo, złapałam za szydełko i już godzinę później było po dziurze.


A jak zaczęłam, to się rozszumiałam jak wierzba płacząca, co jest dla mnie zresztą typowe, i migusiem powstały kolejne kwiatuszki:



zaś "zaaplikowana" spódnica przyjęła następujący wygląd:


Na modelce wygląda (mniej więcej i pod stosownym kątem ;)) tak:



Ja zaś przy okazji przypomniałam sobie, że mam w czeluściach szafy jeszcze jedną rzecz nadającą się do upstrzenia aplikacjami, w związku z czym nie powiedziałam w temacie ostatniego słowa.



sobota, 28 lutego 2015

Diabelsko

Jakiś czas temu na swoim fanpage'u na Facebooku ujrzałam przyjemną liczbę 666. Ponieważ wiem z obserwacji, że na przeróżnych fanpage'ach polubiający numer 666 otrzymują a to książkę z elementami grozy, a to kubeczek z diabełkiem, a to inny okolicznościowy gadżet postanowiłam, że i mój Polubiający dostanie prezent.

Diabelski.

Oczywiście najbardziej diabelskim prezentem byłoby podesłanie Polubiającemu moich własnych dzieci, a choćby tylko Pomponów (i choćby tylko na weekend), ale nie jestem z natury aż tak okrutna, no i nie chciałabym ryzykować, że przerażony Polubiający odlubi moją stronę natychmiast i jeszcze jej antyreklamę zrobi, a tego byśmy nie chcieli.

Powodowana powyższym wykonałam - po skonsultowaniu się z Polubiającym , który wszak mógł się okazać:

a) zbyt dojrzały wiekiem,
b) zbyt dojrzały temperamentem,
c) zbyt niechętnie nastawiony do wszelkich gadżetów,
d) zbyt niechętnie nastawiony gadżetów z diabełkami, choćby najbardziej niewinnych,

lecz się nie okazał, etui do telefonu w formie Diabelskiego Kotka,





zapinane z tyłu na stosownego koloru guziczki.


Już dotarł do miejsca przeznaczenia i podobno służy, jak powinien :).

niedziela, 22 lutego 2015

Jeszcze Bardziej Potforrnie

Jakiś czas temu zobaczyłam gdzieś w internecie coś, co się nazywało "Worry Eater". Była to zabawka w kształcie ludzika z buzią zamykaną na zamek, która służyła do tego, by dziecko mogło "wkładać" swoje zmartwienia zabawce do brzuszka, zamykać jej buzie i w ten sposób, symbolicznie, się ich pozbywać.

Pomysł mi się nadzwyczajnie spodobał, zwłaszcza, że jeden z moich Potomków to urodzony, zamartwiający się wszystkim, niezbędnie potrzebujący Worry Eatera malkontent, ale od razu wiedziałam, że wszywanie zamka mnie przerośnie.

Pomysł jednak, raz zasiany, rósł i ewoluował, aż wreszcie, taki wyewoluowany, wydał owoce.



Moje Worry Eatery przyjęły postać tub, w środku usztywnionych filcem, na zewnątrz obszydełkowanych, a przeznaczonych do przechowywania różności, czy to ołówków, czy to cukierków, czy klocków Lego, na które pojemników w Domu w Dziczy wciąż jest za mało.

Potfórr Potomka Młodszego:




Potfórr Potomka Starszego:



Ponieważ istniało ryzyko, że Pojemniki Na Różności, wykorzystywane bez przerwy, rozpadłyby się po tygodniu wpychania im w gardziele rąk aż po łokieć w celu wydobycia tego ostatniego, najostatniejszego cukierka/ klocka Lego kryjącego się w jego wnętrzu, dół każdego Potforra jest klapką, którą można otworzyć i tego cukierka wytrząsnąć (copyrights pomysłu by Pan Małżonek). Tym samym Potforry "robią kupkę", jak natychmiast, chichocząc patologicznie i robiąc głupie miny orzekły Potomki, wzdech.


Ale czym będą tę kupkę robić pozostaje zagadką, bo żaden z Potomków jeszcze nie zdecydował, jakie będzie przeznaczenie Potforrów.

Może nawet zostaną Worry Eaterami, kto wie :).

sobota, 31 stycznia 2015

Potwornie

Nie jest tak, że w styczniu w Domu w Dziczy niczego się nie robiło.

Robiło się sweter, ale tak prosty i nużący, tak bardzo bez żadnych skomplikowanych splotów, wzorów i liczenia oczek, że nie ma właściwie czego pokazywać.

Skrzydełka dla kucyka się robiło,


bowiem kucyk zamówiony i otrzymany na Gwiazdkę przez Pompona Młodszego skrzydełka miał (i ma),


a ten Pompona Starszego nie miał, chociaż to jednorożec,


 ale co to za jednorożec bez skrzydełek, nieprawdaż, w związku z czym Pompon Starszy chodził za mną jak cień i z dużym naciskiem domagał się usunięcia tej niewątpliwej pomyłki. Więc cóż miałam robić (zwłaszcza, jeśli nie chciałam zwariować  od natrętnie brzęczacego w moich okolicach głosiku, a tak się składa, że nie chciałam), wzięłam i usunęłam, i obecnie kucyk jest Jednorożcem Ze Skrzydłami.


Ale nade wszystko robiło się etui na tableta dla Potomka Starszego, który swoim etui siał hojnie w różnych miejscach i okolicznościach przyrody niemal jak jego matka komórką, z tą różnicą, że Potomek Starszy swojego tableta kocha. Z tej miłości sypia z nim, wozi go ze sobą wszędzie i chowa w przeróżnych miejscach, i gdy po raz kolejny udało mi się cudem nie nadepnąć na urządzonko, ukryte pod łóżkiem Potomka, albo wytrząsnąć je z hukiem na podłogę przy okazji poprawiania kołdry na dziecięciu uznałam, że sytuacja dojrzała do interwencji.

Skutkiem tej interwencji jest Potworne Etui,


w środku wyścielone i usztywnione filcem, na zewnątrz zdobne w zęby i czułki,


które można oto podziwiać en face,


na leżąco


i na siedząco,


i którego Potomek Starszy nawet używa.

Chwilowo.