poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Misie jak cukierki :)

Jako, że - o czym wspominałam ostatnio - świadoma byłam faktu, że kolejne kilka misiów, które wyprodukuje moja zwyrodniała wyobraźnia nie tylko ma już potencjalne Właścicielki, ale że w dodatku Właścicielki te nie zgłaszały żadnych zapotrzebowań na konkretne kolory i wzory i godziły się, żebym dała upust swej fantazji (możliwe, że to dlatego, iż uprzedzone zostały o fakcie szycia przez Aristkie - znaczy się, przeze mnie :D - misiów z pozostałości po dziecięcej odzieży, co jednak możliwości wyboru silnie ogranicza), popuściłam owej Fantazji cugli i pozwolilam jej szaleć jak pożar buszu.
Pierwsze, co z siebie wyrzuciła to Misie Jak Cukierki, Misie-Dziewczynki, pastelowe kolorystycznie oraz zdobne w kwiatki i inne faramuszki. 




Na pierwszy rzut poszedł dwustronny szaliczek, z którego jednej strony uszyłam misia, 



zaś drugiej, zdobnej w kwiatki, kółeczka i insze wzorki użyłam jako materiału do łatek i ozdób na szaliczku.



Następnie w mojej Szalejącej Wyobraźni urodziły się detale, których miś powyższy był pozbawiony.

A mianowicie - rzęsy i usteczka.


Poza tym Cukierkowe Misie były, rzecz jasna, zdobne w te same szaliczki, łatki i naszywki, co ich mniej różowi krewni :).



No, może poza tym, że i szaliczki, i łatki i naszywki robiły się coraz bardziej ozdobne, bo, tak, MIAŁAM POMYSŁY, 



a poza tym ile można naszywać prostokątnych łat. 



Zaś w przerwach od robienia misiów (chociaż nie od ich wymyślania) realizowałam swoje Dawne Kuchenne Marzenie i wyszywałam obrazek, przewidziany jako pierwszy z trzech do powieszenia na kuchennej ścianie.


Będzie do wglądu, jak tylko go skończę.

A nastpne misie na blogu - już wkrótce.

(I nadal nie będą to OSTATNIE misie!).


piątek, 19 sierpnia 2016

Misiów rzut drugi

Jest rzeczą oczywistą, że skoro powiedziało się "A" i wyprodukowało misie dla starszego dueciku, trzeba będzie powiedzieć także "B" - i to raczej prędzej niż później - i sprokurować coś także dla młodszego, przebierającego w tle niecierpliwie nożętami.

No więc się sprokurowało.

Dla Pompona Starszego misia z resztek szala, niestety, mam obawy, że ten okaże się najmniej trwały - to znaczy nie rozpadnie się, ale zmechaci chyba najszybciej, bo szalowy polar taki jakiś cienki i delikatny w dotyku (chociaż świetny przez to w szyciu). A fakt, że właściciel z nim śpi, mamle go, targa ze sobą, zasypia na nim w samochodzie i potem gubi w ogródku sprawy nie ułatwia :).

Chwilowo jednak wygląda dekoracyjnie,


a przyozdobiony jest, zgodnie z zamówieniem właściciela, tęczowym szalikiem i tęczowymi łatkami,


oraz zszywany tęczowym kordonkiem, co dało interesujący efekt (i co można zauważyć na zbliżeniach, jak się człowiek dobrze przyjrzy :)).



Pompon Młodszy zażyczył sobie misia turkusowo-bladobłękitno-białego, którego nazwał był Śniegusiem.


Chociaż, jak znam możliwości przerobowe i temperament mego najmłodszego dziecka, miś Śniegusiem przestanie być grubo przed szansą ujrzenia prawdziwego śniegu na swe własne, filcowe oczka.


Na szczęście zdjęcia - jakkolwiek amatorskie - udało mi się poczynić, zanim Śnieguś zmienił się w Brudusia.


A gdy - niesiona misiomanią - wrzuciłam na swoją prywatną stronę na Facebooku kilka zbiorowych misiowych zdjęć w trakcie tworzenia i już po ich ukończeniu, okazało się, że wszystkie (no, wszystkie to nie, ale kilka na pewno :)) następne misie, które roiły mi się w głowie mają swoje Właścicielki i Właścicieli jeszcze nim się z tych moich kłębiących się w wyobraźni obrazów wykluły.


O czym będzie w nieuniknionym ciągu dalszym.

środa, 17 sierpnia 2016

W krainie misiów

Misie urodziły się podczas jednej z nasiadówek w moim zakładzie pracy. Stanęły mi przed oczami jak żywe i nachalnie domagały się zainteresowania, tak nachalnie, że dyskretnie wymknęłam się z sali, w której produkowali się moi Koledzy i Koleżanki po fachu i w notesiku naszkicowałam portrecik misia ignorując szepczący mi do ucha Zdrowy Rozsądek, z naciskiem przypominający mi, że przecież i tak nie umiem szyć.

Mimo to narysowałam go, po powrocie do domu przerysowałam starannie na sztywną kartkę i wycięłam, robiąc szablonik, po czym skroiłam z resztek polarowych szalików i dresików, które pozostały w Domu w Dziczy po ataku koników (w tym także fryzyjskich ) na moją fantazję twórczą rok temu.


Do zaledwie skrojonych i wcale nie uszytych misiów ustawiła się natychmiast kolejka moich własnych dzieci, z racji starszeństwa oraz posiadania najtwardszych łokci współzawodnictwo wygrał Potomek Starszy, a zatem pierwszy miś, który się był urodził, poszedł w jego ręce.




Moim zdaniem nie powinien się był tak pchać, bo był to jednak, co by nie rzec, miś-prototyp, oczka mu się rozłaziły z noskiem i trzeba go był ze dwa razy przeprojektować...


... ale w końcu jakiś tam wyszedł, dorobił się szaliczka i łatek i poszedł w ręce Potomka Starszego, chociaż ten jest już PRAWIE nastolatkiem i obiektywnie lekceważy te wszystkie słodziaśne, dziecięce gadżety ;).


Potomek Młodszy na szczęście nastolatkiem nie jest, nawet prawie i może sobie pozwolić na nie lekceważenie słodziaśnych gadżetów, więc nie lekceważył, tylko zamówił sobie misia różowego. I smutnego.



Miś został zszyty o wiele bardziej fachowo, w ogóle okazało się, że szycie (z polaru, który - co jest kwestią kluczową - NIE SIEPIE SIĘ) jest łatwiejsze, niż się wydawało, przynajmniej mi.



Po czym worek z misiami się rozsypał, o czym będzie w kilku - co najmniej! - kolejnych wpisach.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Spóźnione, ale szczere

Plany ambitne na ferie to, że przypomnę, na ferie zimowe były, a my tu mamy wakacje, i to tę krótszą połowę w dodatku.

O tym, że nikt już ani o ambitnych planach na ferie, ani o tym blogu nie pamięta to już nawet nie wspomnę. No, ja pamiętam. I, no, czasem. Czasem sobie przypominam, a jak tylko sobie przypomnę obiecuję sobie, że sfotografuję te wszystkie rzeczy, które robię, wrzucę tu i znowu będę na bieżąco.

Jako, że raz na ruski rok (albo i kilka ruskich lat) zbiegla mi się chęć pisania, możliwość pisania i dostępność zdjęć podejmuję kolejną próbę bycia na bieżąco.

A zatem (rozsiadając się wygodnie), podusie.

Małe, nieporęczne podusie, które - zdobne w ośle uszka i ogonki - służyły przez kilka lat moim najmłodszym dzieciom, ale od jakiegoś czasu już nie służą. Zamiast służyć, leżały sobie, kurzyły się i nie pasowały do niczego.

Odziane w nowe ubranka pasują do wszystkiego, a w dodatku dały mi możliwość wypróbowania dwóch nowych wzorów:







Co mi przypomina, że mam jeszcze dwie inne podusie. Trochę większe. Z IKEI. I też do niczego nie pasują, bo są w czarno-beżowo-bordowe ciapki. Po prostu domagają się nowych ubranek!

Na kolejne ferie zimowe będzie jak znalazł :).

sobota, 26 marca 2016

Jaja sobie robię - wciąż

Jak wczoraj wspominałam, produkcja jaj w Domu w Dziczy kwitnie - w dodatku NADAL kwitnie, chociaż mamy oto Wielką Sobotę, co oznacza, że ani skończyć, ani tym bardziej zaprezentować tutaj tych jaj przed Wielkanocą z pewnością się nie da, ale z nałogiem walczyć też się nie da, więc nie walczę.

Ostatni rzut tegorocznych styropianowych pisanek jest zielono-żólto-pomarańczowy.

Przedostatni jest, o, taki:


Dolna część jest, jak wspominałam w drugiej odsłonie robienia sobie jaj  zrobiona z włóczki melanżowej.


Górna - z dopasowanego do melanżowego dołu jednego koloru.


A na ten jeden kolor ponaszywałam koraliki. Niekoniecznie w jednym kolorze.


Chociaż czasem też.


W obu wypadkach efekt końcowy jest całkiem przyjemny. szczególnie w słoneczne dni, gdy w wiszących na cieniutkich żyłkach pisankach (a konkretnie - w naszytych na niech koralikach) zalamuje sie i migocze światło (no i gdy jest się sroką, co w opisywanym przypadku zachodzi ;)).


A poniewaz jest to nasze ostatnie spotkanie przed świętami Wielkiej Nocy - pozwolę sobie złożyć wszystkim moim nielicznym Czytelnikom i Oglądaczom życzenia Wesołych Świąt.

Spokoju. Zdrowia.



I nieustającej weny.

piątek, 25 marca 2016

Jaja sobie robię. Odsłona druga

Robienie jaj w Domu w Dziczy trwa w najlepsze, a wręcz przyjmuje rozmiary monstrualne. Małe jaja, średnie, duże, bardzo duże i bardzo małe walają się wszędzie, a wraz z nimi rozpiski, ile oczek i w jakim miejscu ujmować i dodawać dla każdego posiadanego rozmiaru.

Te są małe, niemal najmniejsze, mają około pięciu centymetrów wysokości, mniejsze są tylko czterocentymetrowe ( w dodatku "szczupłe", jajka wysokie i wąskie, ciekawe, jakie ptaki takie znoszą :)), ale za to robione wzorem bardzo łatwym,


ponieważ dół mają zrobione jedną włóczką, melanżową,


a górę - jednym kolorem, z zaledwie pojedynczą domieszką innej barwy.


Słowem, robione lekko, szybko i przyjemnie, a użycie melanżu było tak odprężające, że wystąpi on jeszcze i w następnej odsłonie robienia sobie jaj - jutro.


niedziela, 20 marca 2016

Jaja sobie robię

Jeśli ktoś jeszcze pamięta to zdjęcie


z tego posta to może pamięta i to, że przedstawia ono mój stolik robótkowy, a na nim kłębiące się pół tuzina robótek w różnym stopniu rozbabrania. Większość robótek z tego stolika została już dokończona i zaprezentowania na blogu.

Poza jajkami.

Dobrze się przyjrzawszy można zauważyć jajka, mniej więcej pośrodku stolika. Jajka też zostały dokończone, ale hamowałam swoja chęć, by je tu przedstawić, albowiem nie pasowały do otaczającego nas świata.

Teraz już pasują.


A co więcej, w międzyczasie przybyły im towarzyszki.


W tym samym rozmiarze,


oraz duże, model "jajo kacze".


Wszystkie w podobnej tonacji kolorystycznej.


I wszystkie jako prezent dla mojej Mamy.


No i oczywiście nie jest to moje ostatnie słowo, pora roku sprzyja, święta zbliżają się wielkimi krokami, tony styropianowych jajek w pięciu rozmiarach nabyte, a ja siedzę i w upojeniu wymyślam nowe wzory, połączenia kolorystyczne oraz metody ozdabiania, o czym tu wkrótce, taką przynajmniej żywię nadzieję.


PS.

Że nie wspomnę, że wszystkie robótki z tego posta też są już dawno skończone (no, poza płatkami śniegu, których nigdy dość) i czekają w kolejce na prezentację na blogu, na tę prezentację, do której nie mogę się zabrać. Oto powód, dla którego nigdy nie zostanę demonem blogosfery robótkowej. Ale w końcu je pokażę, słowo. Jak tylko skończę robić se jaja :).