Wpis o kotach zacznę od samobójczego stwierdzenia, że jestem urodzoną psiarą. Koty lubię, bo lubię w ogóle wszystkie zwierzątka z definicji, ale zasadniczo zgadzam się z opinią Terry'ego Pratchetta (kociarza zresztą, ale widocznie należącego do tych, którzy potrafią spojrzeć trzeźwo na swoje ulubione zwierzątka)
"Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to
paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie".
Trudno zresztą nie zapamiętywać stylu, jak się co i rusz we własnym domu natyka człowiek na coś takiego:
Tym niemniej, gdybym mogła wybierać (a nie może, bo mi Pan Małżonek nie pozwala), wolałabym się natykać na coś takiego:
Wracając jednak do ad remu, mam w domu oddanego wielbiciela kotów w postaci Potomka Starszego, który deklaruje kiedyś, w przyszłości, posiadanie osiemnastu koteczków we własnym domu.
A teraz, nie mogąc posiadać osiemnastu zwierzątek, zażyczył sobie mieć kocie etui na komórkę.
Więc siadłam i machnęłam rzecz
zgodnie z zamówieniem, według podyktowanych kolorów i z wybranym (przyszłym) pokarmem w zasięgu komórko-kociego oka.
Oczywiście, gdy tylko skończyła, nadbiegł Potomek Młodszy z życzeniem, by też mieć takie coś. Nieistotne, że nie dysponuje komórką, etui chce i będzie w nim co innego trzymał!
No, dobra, chce, niech ma, kolory wybrał, na pokarm się zgodził, mamunia zadaną pracę wykonała,
po czym, niesiona właściwym dla siebie entuzjazmem (który normalnym ludziom może wydawać się nadpobudliwością, bo niby po co robić więcej niż to, co jest potrzebne i przydatne?) zrobiła jeszcze trzecie kocie etui
i bynajmniej na tym nie poprzestała.
Do dalszej nieopanowanej kociej produkcji wykorzystałam resztki filcu i machnęłam w wolnej (buahahaha! no dobra, wyśmialiśmy się, a teraz wracamy do tekstu) cztery różnokolorowe, kocie broszki,
a co mi się będzie raz wyjęty filc marnował, prawda?
Pewnie, że prawda!
Zatem z raz wyjętego filcu wyściboliłam zawieszki-koty z kieszonkami, te kieszonki jakieś oszałamiające nie są, ale drobne rzeczy da się w nich trzymać, jak na przykład kredki Potomka Młodszego,
przybory szkolne Potomka Starszego
oraz, powiedzmy, szydełka albo inne szwalniczo-rękodzielnicze materiały,
(kłębek, którym bawi się kot, został uszyty z najgrubszego dostępnego filcu, bardzo przy tym miękkiego i mogącego w związku z tym robić za poduszeczkę do szpilek).
i wreszcie ochłonęłam z szału twórczego.
A gdy ochłonęłam, pomyślała, że zbliża się Dzień Kota.
A na Kłębowisku candy było tylko raz.
Tak więc, gdyby ktoś bardzo pragnął uświetnić obchody Dnia Kota za pomocą wylosowanego u mnie kociego drobiazgu, proszę bardzo, ogłaszam candy.
Ponieważ czuję wewnętrzny sprzeciw wobec zmuszania ludzi, by mojego bloga polubiali lub dodawali do Obserwowanych (podczas, gdy oni może wcale nie chcą polubiać ani obserwować, tylko po prostu wziąć udział w candy), mając za nic zasady blogowe oznajmiam, że nie trzeba tego robić.
Chociaż, oczywiście, jeśli ktoś zrobi, będzie mi bardzo miło :).
Należy natomiast:
- zgłosić chęć wzięcia udziału w losowaniu w komentarzach (łudzę się, że chociaż jedna osoba taką chęć zgłosi :)). Anonimowych komentujących uprasza się o podpisanie się w jakiś charakterystyczny sposób, "Kasia" czy "Michał" może nie wystarczyć (no, chyba, że to będzie w ogóle jedyne zgłoszenie:)),
- po pobraniu bannerka umieścić go na swoim blogu i/lub stronie na FB.
Wszystkie widoczne na zdjęciu rzeczy są do wygrania.
Wygrają dwie osoby - jedna etui i jedną broszkę, do wyboru, a druga - zawieszkę z kieszonką i też broszkę do wyboru (łudzę się, że nie będą to te same broszki, ale nawet gdyby, da się na to coś poradzić ;)).
Co zrobić z pozostałymi, nie zagospodarowanymi broszkami jeszcze się zastanowię.
Losowanie odbędzie się 17 lutego (wieczorem, z przyczyn obiektywnych).
W sam Międzynarodowy Dzień Kota.
UWAGA
Ponieważ znalazłam na blogu
Addicted to crafts zachęcający konkurs, a tak się szczęśliwie złożyło, że Potomek Młodszy ostatnio zrzekł się był swojego etui,
pozwoliłam sobie zgłosić to etui do Wyzwania
Kot Art.
Co prawda, nie będąc osobą oblataną we wszelkiego rodzaju konkursach rękodzielniczo-blogowych nie mam pojęcia, czy tak w ogóle można, ale co tam. Jak można, to może mi się TYM RAZEM (osobie, która nigdy w życiu nie wygrała żadnego losowania) wygrać coś miłego. A jeśli nie - to mnie Organizatorzy po prostu wyrzucą na zbitą buzię (albo po prostu uprzejmie poinformują, ze niestety, nie tym razem, zapraszają ponownie w przyszłości :)).
Oraz:
ERRATA!!!
Z przyczyn ode mnie niezależnych (takich jak Zaraza w Domu w Dziczy oraz związana z tym możliwość nocowania przeze mnie i część Potomków z dala od zarażonego Domostwa i komputera, losowanie Kociaków odbędzie się dzień później, czyli 18 lutego. Jeśli zatem ktoś z Szanownych Czytelników waha się, czy się zgłosić do rozdawajki, ma jeden dzień więcej, aż do 17 lutego do północy, by się zdecydować :)).