sobota, 30 sierpnia 2014

Granny Square Festival, część pierwsza

Lubię granny square, możliwe, że niektórzy z Czytelników zauważyli zjawisko już wcześniej.


Granny square daje zachęcające możliwości wykańczania włóczek,  z których nic dużego nie miałoby już szans powstać, a także tworzenia różnych różności, ponieważ stanowią wdzięczny, plastyczny niemal materiał, z którego można lepić co się chce i co fantazja podpowiada.

Ale grannysquerowe wakacje nie zaczęły się u mnie od granny square.

Zaczęły się od kolczyków na bazie serduszek z serduszkowej girlandy. Zrobiwszy serduszek czterdzieści dla Wychowawczyni Potomka Starszego popatrzyłam, popatrzyłam, w oku mi błysnęło i, wyprodukowawszy kilka dodatkowych serduszek, wykonałam kolczyki:



A ponieważ na wyprodukowaniu jednej pary kolczyków nigdy się u mnie nie kończy (i potem te kolczyki leżą stadami w szufladach, bo kto by to wszystko przenosił!), wzięłam i machnęłam to:


wpadając w ten sposób w grannysquerowy szał.

O którym cd niewątpliwie n.

środa, 30 lipca 2014

Sukienka z dodatkiem

Jakiś czas temu nabyłam sukienkę.

Nabyłam ją w tzw. ekskluzywnym ciucholandzie - w ciucholandzie dlatego, że nie pamiętam już, kiedy nabyłam coś w innym rodzaju sklepów, a w ekskluzywnym - bo to był malutki ciucholand, którego właścicielka miała same oryginalne, pieczołowicie dobierane rzeczy, a w ogóle siedziała sobie w miejscu pracy i machała szydełkiem, czółenkiem albo inną igłą do koralików, po czym to, co wyprodukowała też wystawiała na sprzedaż. Słowem, artystyczny ciucholand z artystycznym duchem, dość drogi, ale upolowałam akurat przecenę i za całe dziesięć złotych nabyłam sukienkę,


styl empire, czy też, jak określiłam to natychmiast "styl - Fantyna śpiewająca w Les Miserables", surowy jedwab na podszewce, powiewna, cudownie się układająca, po prostu och i ach.


Niestety, po powrocie do domu i dokonaniu przymiarki (nigdy niczego nie mierzę w sklepach, ekhm) dokonałam straszliwego odkrycia - oto sukienka w stylu empire wymaga posiadania dekoltu w stylu empire,

Francois Gerard, portret Madame Recamier
tymczasem ja w nigdy życiu, nawet jako matka karmiąca, nie posiadałam ani dekoltu w stylu empire, ani w żadnym innym, w miejscu dekoltu mam wyłącznie klatkę piersiową, a od czasu, gdy zachorowałam - klatkę pod-piersiową o, taką:


W związku z czym sukienkę odwiesiłam w szafie, i tylko, czasem trafiając na nią przypadkiem, wzdychałam sobie smutno.

Aż wreszcie, przy okazji kolejnego smutnego westchnięcia, wpadłam na pomysł.

Skoro jedyną wadą sukienki jest eksponowanie tego, co mam w miejscu dekoltu, należy to miejsce zasłonić.

Co pomyślawszy, przystąpiłam do produkcji osłonki.


Osłonkę robiłam z włóczki Solfege, z której robi się KOSZ-MAR-NIE, jest to bowiem włóczka nie dość, ze składająca się z, jakby to ująć, niezależnych niteczek, łączących się i rozłączających nieregularnie (a co za tym idzie, rozłażących się i haczących w czasie robienia), to jeszcze co siedem centymetrów wpleciony jest w nią jest cekinek.

No, ale efekt jest, o taki:


I w dodatku całkowitym przypadkiem (co przyznaję) srebrny odcień Solfege idealnie pasuje do odcienia sukienki, w związku z czym wszystko razem wygląda nie jak przypadek, ale jakby było tak, jak miało być od samego początku.




I dekolt zasłania idealnie, dzięki czemu mogę eksponować nogi :).

A gdyby ktoś nawet wolał wpatrywać się w ten zasłonięty dekolt zamiast w moje nogi, jego uwaga zostaje rozproszona na skutek subtelnego migotania.


Powiadam Szanownemu Państwu, warto było oblewać się potem nad rozdwajającą się włóczką i kląć na cekinki!

wtorek, 22 lipca 2014

Poduszkowo

Ostatnio w Domu w Dziczy ma miejsce mały remoncik połączony z masywnym opróżnianiem szaf i pozbywaniem się o-nie-wiem-ilu-lat-nie-noszonych rzeczy.

Przy okazji robienia czystek w szafach wyciągnięte zostały także dwa swetry,


które we wiośnianych latach narzeczeństwa Ja-Jeszcze-Wtedy-Nie-Matka dziergałam miłośnie sobie i Panu-Jeszcze-Wtedy-Nie-Małżonkowi z identycznej włóczki i w identycznym stylu (warkocze irlandzkie, uwielbiam i wykonywać, i podziwiać), a potem sobie te wytwory moich rąk razem z Panem Małżonkiem nosiliśmy, aż wreszcie upchnęliśmy je w trudno dostępnym kacie szafy i zapomnieliśmy o nich na śmierć.

Aż wreszcie, przy okazji Wielkiej Czystki, postanowiliśmy je wyrzucić.

Zapakowane w wielkie wory ciuch stały sobie na podeście schodów, a ja co je mijałam, to rzucałam okiem, a co rzuciłam okiem, to mi się serce ściskało, bo oczywiście rozumiałam celowość wyrzucenia ubrań, których się od lat siedmiu czy tam pięciu na grzbiecie nie miało, ale rozsądek to jedno, a sentymenta to całkiem co innego, prawda?

Aż wreszcie, przy kolejnym rzuceniu, przypomniałam sobie, że widziałam cały internet zarzucony zdjęciami poduszek ze swetrów. Niektóre z tych poduszek zaopatrzone były nawet w ceny, z tych przyprawiających o apopleksję, a tu, cóż za traf, znalazłam się w posiadaniu dwóch swetrów, z których mogłam takie poduszki zrobić ot, tak, a potem udawać, ze kupiłam je w jednym z tych ekskluzywnych i wypasionych sklepów dla ekologicznej klasy średniej!

Nie zwlekając zatem chwyciłam za nożyczki...


a potem za szydełko, i już po dwóch dniach dłubaniny miałam prawie całkiem nowy wystrój wnętrza.


I w dodatku natychmiast zaakceptowany przez domowników!


A w każdym razie przez tego najważniejszego :).

sobota, 5 lipca 2014

Na koniec roku szkolnego - z poślizgiem

Na początku czerwca moja Matka spytała:

- Ale wychowawczyni Potomka Starszego masz w planach coś zrobić na pożegnanie? - i tu trzeba przypomnieć, że Potomek Starszy w tym roku skończył klasę  trzecią i rozstał się z częścią kolegów i koleżanek, oraz - co ważniejsze dla tego wpisu - z Wychowawczynia, która go cierpliwie holowała przez rafy bycia początkującym uczniem, a już kto jak kto, ale ja najlepiej wiem, do jakiego stopnia bywała to orka po ugorze.

Świadoma tej orki miałam plan, by rzeczywiście Wychowawczynię uhonorować w niebanalny, a jednocześnie nie kosztowny (bo to krępujące i, cóż, banalne właśnie, a poza tym mnie nie stać) sposób, myślałam o tym i myślałam, a im bardziej myślałam, tym bardziej nie miałam pojęcia, co robić, aż pewnego dnia w ręce wpadła mi paczuszka nici, zamówionych kiedyś tam, w przypływie zaćmienia umysłu zapewne,


bowiem były to nici wyjątkowo cieniutkie, na 30-gramowym motku 80 metrów, szydełko numer 1 było dla nich i tak przyduże.

Tym przydużym szydełkiem wykonałam serduszko,


potem drugie, trzecie, czwarte... aż ani się obejrzałam, i miałam tych serduszek czterdzieści (poświęciłam na ich robienie cały Długi Weekend).


 Gdy cała czterdziestka była gotowa, naszyłam je na konopny sznurek,



i już pozostało mi tylko udrapować sznurek, który się zmienił w ozdobną wstęgę, na kwiatku, nabytym wcześniej i umieszczonym w osłonce o kształcie emaliowanego wiaderka,




oraz razem ze starannie wymyśloną, zaprojektowaną i wykonaną laurką Potomka Starszego ofiarować to Pani Wychowawczyni z wyrazami wdzięczności i nadzieją, że się spodobało :).




środa, 11 czerwca 2014

Dzięki bogom za długi wdzięczności, odslona trzecia

Bardzo, bardzo zaawansowani i wierni Czytelnicy bloga Królowej Matki pamiętają być może wpis i szalik, który zaczęłam robić, a potem zabrakło mi włóczki.


Włóczki, jak się okazało, zabrakło wszędzie, niewykluczone, że w całej Polsce (za granicą nie sprawdzałam), więc - chcąc nie chcąc - dokupiłam włóczkę tej samej grubości i w jednym z odcieni występujących w melanżu, sprułam (szlochając) 1/3 tego, co już zrobiłam i wykonałam środek szala w jednym odcieniu, wskutek czego szal przybrał następujące oblicze



a zimą niejednokrotnie może nie dosłownie uratował mi życie, ale z pewnością bardzo je ułatwił, jest bowiem obszerny, dłuuuugi, szeroki i bardzo, ale to bardzo ciepły.

Został też zauważony przez jedną z moich Ukochanych Przyjaciółek, wielbicielkę szalików, a jak wielbicielka szalików, która posiada ich pokaźną kolekcję (i to nie byle jakie szaliki ma w tej kolekcji, a jakże!) w ogóle zauważa szal i wyraża dla niego uznanie, to jedyne, co można zrobić to zaproponować jej zrobienie takiego. Zwłaszcza, że jest to Przyjaciółka, która rozwydrza moje dzieci obdarowując je - z okazji i bez okazji - prezentami, mnie też obdarza oraz wozi do Sąsiedniego Grodu do lekarzy na kontrole, i oczywiście nie chce słyszeć nie tylko o jakiejś rekompensacie, ale nawet o szczególnie wylewnych podziękowaniach.

Więc taki szalik to jest absolutne minimum!

Przyjaciółka wybrała kolory, ja przeanalizowałam dostępne na rynku włóczki, i porobiłam proponowane zestawy, jeden z zestawów został przyklepany przez przyszłą Wlaścicielkę i już można było zacząć robić to:




Czysta żywa wełna może nie pasować w tej chwili do szalejącej za oknami aury, ale, cóż.

W końcu kiedyś zacznie :).

niedziela, 4 maja 2014

Królowa Matka podróżuje... chociaż niezupełnie :)

Zaczęło się od Tańczących Feniksów, które ruszyły w podróż na... Mazury chyba? A może i do Krainy Wielkich Jezior, w każdym razie gdzieś na nadbrzeża, w trzciny i ogólnie na łono Natury.

Następne w podróż ruszyły moje (no, już nie w zasadzie :)) koty.

Ich Właścicielka, która wygrała Kocie Candy na Kłębowisku, udała się była w wojaże, w których jak najbardziej brały udział oba koty, najpierw zażywając podróży samolotem,


by następnie zwiedzić sztandarowe zabytki w jednej z europejskich stolic,


popodziwiać Plac Świętego Piotra, zachęcająco wolny od nadmiaru turystów,


aby, po wprowadzeniu w osłupienie członka Szwajcarskiej Straży Papieskiej


spocząć na kościelnym skwerku pod palemką, by podreperować nadwątlone zwiedzaniem siły,


i powiadam wam, Drodzy Czytelnicy, ja, oglądająca te zdjęcia po raz pierwszy, stanowiłam zaprawdę rzadki widok, piszcząc nad nimi, śmiejąc się głośno i wznosząc entuzjastyczne okrzyki.

Za tak wyśmienitą porcję rozrywki bardzo, BARDZO dziękuję!!!

Jeśli zaś chodzi o własna wytwórczość to nie jest tak, że siedzę i nic nie robię, pozwoliwszy kolejnemu swojemu blogowi porosnąć pajęczyną i pokryć się kurzem, utknęłam po prostu w dużych formach, między tym:



a tym:


i obawiam się, że będę miała coś do opisania dopiero, gdy jedno lub drugie (lub oba) skończę.

I o trzymanie kciuków w tej intencji uprzejmie i dygając nóżką Kochanych Czytelników się uprasza :).

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt!

Plan były zupełnie inne.

W planach miałam prezentować na blogu szałowe (no, dobrze, niezłe) zajaczki wielkanocne, które miałam w głowie od dwóch miesięcy.

I które w głowie pozostały.

Oraz jajka przystrojone "na ludowo".

Ale plany wzięły się i rypły, jak wszystkie moje plany ostatnio.

W związku z czym jedyną piękną, rękodzielną rzeczą w Domu w Dziczy tej Wielkanocy jest pisanka, przysłana mi w ramach przepięknej niespodzianki przez Koleżankę.

Nazwałam dzieło Jajkiem Faberge i postawiłam je na oknie, bym mogła rzucić sobie na nie okiem i doznać estetycznej satysfakcji za każdym razem, gdy przechodzę przez pokój.
A w Wielki Piątek siadłam i wyprodukowałam pisanki, projektowane pod gust Potomków.


I tak oto prywatne Jajo Faberge zyskało Ochroniarzy, wraz z którymi robi za jedyną dekorację świąteczną.


A na Święta (oraz na później) życzę Wam, Drodzy, Nieliczni Czytelnicy wszystkiego najlepszego.

Dużo czasu.

Aby artystyczne plany nigdy Wam się nie rypły :).


niedziela, 16 marca 2014

Happy St. Patrick's Day!

Poświęcając większość tej reszteczki wolnego czasu, którą dysponuje, na produkcję rzeczy dużych rozmiarem i bardzo praco- (oraz czaso-) chłonnych, czasem dla rozrywki i odpoczynku robię drobiażdżki. Drobiażdżki mało pracochłonne, czasem niepotrzebne, coś w rodzaju wprawek, które mnie bawią.

A czasem udaje mi się zrobić drobiażdżki okolicznościowe.

Wzór na "muffin granny square" (czyli kwadrat, który, przy odpowiednim doborze kolorów, przypomina muffinkę) znalazłam wieki temu nie pamiętam gdzie, na jakimś amerykańskim blogu. Autorka (ktora pozwoliła wielkodusznie swój wzór upowszechniać i używać) zmodyfikowała go tak, że wyglądał jak złożony z czterech serduszek, i zasugerowała, że można zrobić z niego "st. valentine's granny square", ale mi te cztery serduszka natychmiast skojarzyły się z czterolistną koniczynką.

Koniczynka zaś skojarzyła jej się z Irlandią, a Irlandia - ze świętym Patrykiem, którego dzień, tak się składa, przypada jutro.

W związku z czym z okazji Dnia Świętego Patryka moje kubeczki otrzymały całkiem nowe (a w zasadzie - pierwsze w życiu) ubranka :).

Ubranka rozpięte prezentują się tak:



a zapięte na modelach - tak:




i teraz trzeba tylko znaleźć jakiś zielony trunek, wlać go do kubeczków i wznieść toast na powodzenie Irlandii na wszelkich polach :).


A w ramach wprawki w robieniu koniczynek wyściboliłam jeszcze breloczek do klucza do swojego miejsca pracy:




i czuję się doprawdy w pełni przygotowana do świętowania :).