wtorek, 12 listopada 2013

Zaległości

Nie, żeby w Domu w Dziczy niczego się nie produkowało, produkuje się, że hej, ale szaaaaa!... na ten temat nie można jeszcze puścić pary z ust, więc żeby nie pozwolić blogowi pokryć się kurzem prezentuję zaległe prace:

Bąbeczki w oranżach (ten zestaw już jest u Właścicielki od miesiąca, równo, co akurat jest kwestią przypadku :))




oraz bąbeczki w zieleniach, które jeszcze nigdzie nie są (to znaczy, i owszem, są w mojej szafie, ale nie jest to ich miejsce docelowe :))



Wiem, że dziś powinnam zaprezentować coś biało-czerwonego, ale, niestety, chwilowo nie dysponuję. Może zresztą wykonam i taki zestaw świąteczny - gdyż to bardzo ładny kolorystycznie zestaw i ciekawe bąbeczki z tego wyjść mogą.

Ale teraz oddalam się do swoich, zarzuconych na chwilę, tajemniczych produkcji... do zaprezentowania tutaj już wkrótce!


niedziela, 27 października 2013

Święto Balona w październiku

Wiem oczywiście, że Święto Balona ma miejsce... kiedy indziej. Zdaje się, w kwietniu, albo w marcu, w każdym razie na wiosnę, gdy jest ciepło i przyjemnie, chociaż jakby się tak oddać wspomnieniom oraz wykonać rzut oka za okno mogłoby się okazać, że o wiele rozsądniej byłoby obchodzić Dzień Balonów dziś, a nie w marcu (a nawet kwietniu) tego roku.

Bez względu na to jednak, kiedy to święto ma miejsce, w Domu w Dziczy obchodzimy je dziś, ponieważ ukończyłam Balonową Zabawkę Nad Dziecięce Łóżeczko (które się po angielsku nazywa "mobile" i, niestety, muszę przyznać, że to jest nazwa, która najbardziej mi odpowiada bez względu na niechęć do nadużywania anglicyzmów).


Ujrzałam taką, hm, huśtawkę gdzieś w internecie, poszperałam, znalazłam tutorial, po czym absolutnie wszystko zrobiłam zupełnie inaczej, po swojemu :D, począwszy od zawieszenia balonów na kijku (na zdjęciu widocznym w charakterze fragmentu na samej górze), nie na kółeczku (nigdzie nie mogłam stosownego znaleźć, cóż począć),


poprzez "otulinę" baloników, bardziej w stylu moich własnych bombek, chociaż - celowo - mniej barwną,


aż po koszyczki, wymyślone osobiscie od "A" do "Y" (bo "Z" to ten zygzakowaty szlaczek u góry koszyczka, pożyczony z tutoriala,


po czym pozostało mi tylko poszukać odpowiednich pasażerów, co paradoksalnie okazało się zadaniem najtrudniejszym, bo wszyscy kandydaci byli albo za mali, albo za duzi, by wleźć do koszyczków :),



oraz wymyślić, gdzie rzecz powiesić, bo, jak się łatwo domyślić, z nadmiaru Dzieciątek nie mogła ona wisieć nad jednym łóżeczkiem (a podzielić na cztery się nie dała :)).

PS. Źródło inspiracji uczciwie zamieszczam na wypadek, gdyby ktoś chciał się również twórczo zainspirować (względnie po prostu uczciwie i krok po kroku z niego skorzystać :)).

niedziela, 20 października 2013

Herbaciano

Pierwszą puszkę herbaty Twinings dostałam jakiś czas temu od Teściowej. Pewnie trochę w ramach eksperymentu, jako, że Teściowa zna mnie jako herbatoholiczkę, a i uznanie Pana Małżonka dla tego napoju tajemnicą stanu nie jest.


Herbata okazała się świetna, z radością odkryłam, że wiele jej rodzajów zdobi półki w markecie "Piotr i Paweł" i zaczęłam wypróbowywać różne smaki i mieszanki, w ramach prezentu dla samej siebie nabywając puszkę-dwie na miesiąc, po czym bardzo szybko odkryłam, że herbata ta ma jedną, dość istotną wadę.

Kupić ją można tylko w puszkach (przynajmniej w tym sklepie, który nawiedzam pchana herbacianym szałem).

Świetnie co prawda rozumiem, czemu, tym niemniej oznacza to, że ilość puszek w moim domu zaczęła rosnąć zastraszając. Rozdawałam je na prawo i lewo, dzieciom ku zabawie, własnej Mamusi do trzymania w nich innych herbat, sama też w nie przesypywałam herbaty nie tak eleganckie i do tej pory trzymane smutno w jakichś pudełeczkach, lub też, przeciwnie, wyjątkowo wręcz rasowe i do tej pory trzymane w specjalnych, szczelnych słoiczkach. I tak przesypując, powzięłam pomysł.

Pomysł ubrania puszek w jakieś wdzięczne ubranka.

W ubrankach widziałam już i kubki, i szklanki, i dzbanki na kawę i herbatę, więc czemu nie puszeczki?

Każda w innym kolorze, każda z opisem, jaką zawiera herbatę, każda w wersji nadającej się na prezent nawet tylko jako sama puszka, bez zawartości.

I w ramach weekendowego odpoczynku od bombek (święta w końcu idą, i owszem, ale dość powoli i między nimi a chwilą obecną leży jeszcze parę weekendów, które będzie można przeznaczyć na "dobombkowanie" rodziny i okolic) machnęłam ubranka na herbaciane puszki.


















I teraz moim herbatom jest ciepło i przytulnie, i żadna zima im niestraszna :D!

poniedziałek, 14 października 2013

Święta nadal idą oraz o pewnej sesji :)

Do świąt jest już o cały tydzień bliżej, a ponieważ Pompony nadal uprzejmie śpią przed obiadem, niekiedy całkiem długo, udało mi się po raz kolejny upiększyć ten świat za pomocą poczynienia drugiego zestawu bombek, tym razem w czerwieniach i bielach (przełamanych różem tu i ówdzie, z braku odpowiedniej liczby odcieni czerwonego),


a udało mi się zdążyć w czasie pomponiej drzemki, ponieważ największa trudność, czyli takie przeliczenie i ostateczne ustalenie liczby oczek, by opracować odpowiedni wzór dla bombek w trzech rozmiarach, czyli najbardziej pracochłonna część roboty, została wcześniej opracowana przy okazji produkowania bombek niebieskich.

Czerwone robiło się znacznie szybciej.


Bardziej pracochłonne było produkowanie w każdej wolnej chwili tygodnia zestawu choinek w czerwieni, i aż dziw, że wyszły one do czegoś podobne, jeśli weźmie się pod uwagę, że były wykonywane metodą "przyszywamy koralik, robimy przerwę na ugotowanie owsianki, przyszywamy koralik, przerwa na wysadzenie na nocnik, przyszywamy koralik, przerwa na pomoc w lekcjach, przyszywamy koralik, ranjulek, to już ta godzina?! czas iść lulu!", a nazajutrz "przyszywamy koralik..."


W międzyczasie Właścicielka Tańczących Ptasząt zrobiła mi niespodziankę i zaprezentowała serię zdjęć w aranżacjach ludowych, które mnie zachwyciły. Zachwycona ja uzyskałam Jej zgodę, by kilka tych zdjęć pokazać na blogu (zdjęcia podpisane są moją parafką również za zgodą ich Właścicielki).




Po prostu ma się wrażenie, że to zupełnie inne ptaki, specjalnie przygotowane dla wpasowania ich w ludowe klimaty!

A na koniec, ku wspomnieniu lata, jeszcze jedno zdjęcie.


Tańczące Ptaki na wakacjach :).


poniedziałek, 7 października 2013

Gdyż idą święta, część pierwsza (i nie ostatnia)

No bo idą, prawda? Pewnie, ze prawda. A że dla większości ludzi są jeszcze ho, ho, jak daleko to już trudno, gratuluję większości ludzi i im zazdroszczę (no, czasami zazdraszczam), moje święta właśnie zaczęły iść, bo gdyby one zaczęły iść wtedy, co u tej większości ludzi, to by na sto procent nie doszły.

Względnie w przedświąteczny poranek obudziłabym się może i z upieczonymi pierniczkami, może nawet i domkiem z pierników, na pewno z tradycyjną, orzechową struclą, może miałabym i prezenty pokupowane, i choinkę nabytą, ale ozdoby na tę choinkę miałyby postać połowy takiej oto bombeczki,


a tak to mają postać trzech.

To znaczy, właściwie nie mają, bo niebieskie bombeczki nie pasują mi kompletnie do niczego i pewnie staną się prezentem dla kogoś, komu pasują (albo też nie pasują, ale nie będzie mógł tego powiedzieć i będzie zmuszony z racji odebranego w dzieciństwie starannego wychowania odgrywać zachwyt i wdzięczność),


a skoro będą musieli i tak tę wdzięczność odgrywać, to im jeszcze zestaw choinkowy do kompletu wykonałam, o:


i teraz tylko muszę się zastanowić, kto na tego blogi nie wchodzi, nawet na głównego, o tej biednej, smutnej sierotce nie wspominając, bo tylko dla takiego kogoś zestaw bombeczkowo-choikowy byłby niespodzianką...

A sama przystąpię do produkcji bombeczek w innych kolorach (korzystając z drzemki Pomponów, co ja zrobię, nieszczęsna, jak one wreszcie przestaną spać w dzień?!)...

niedziela, 29 września 2013

Dzięki bogom za długi wdzięczności

... bo bez długów wdzięczności na tym blogu (i tak nie nazbyt popularnym/ często uaktualnianym/ itepe, itede) panowałaby smutna, głucha i posępna cisza.

A tak to może się na przykład zdarzyć, że Koleżanka napisze do mnie z informacją, że zalega u niej w szafie trzy i pół kilograma włóczki. Z którą Koleżanka nie wie co zrobić, ale gdybym ja wiedziała, to ona chętnie odstąpi.

Zapytana przeze mnie o sposób rozliczenia Koleżanka odparła, że chętnie przygarnie jakiś niepotrzebnik. Ucieszona nieprzytomnie (bo bardzo lubię, jak ktoś otwarcie prosi o niepotrzebniki, oszczędza mi to udręki na myśl, że obdarowałam kurzołapką kogoś pragmatycznego i dobrze wychowanego, kto będzie się zmuszał do podziękowań, a w głębi duszy zastanawiał się, czy niepotrzebnik od razu wyrzucić, czy schować w poręcznym miejscu, z którego łatwo dobyć go będzie na wypadek mojej niezapowiedzianej wizyty) upewniłam się, o jaki rodzaj niepotrzebnika chodzi i jakie kolory ewentualnie wchodzą w grę, po czym wyprodukowałam to:




Koleżankom, komentującym moje prace na Facebooku ptaszęta skojarzyły się z tańczącymi Feniksami. Bardzo romantycznie :).

Z czym się skojarzą obdarowanej nie wiem, gdyż Feniksy polecą do niej dopiero jutro.

Ewentualnych Czytelników zainteresowanych dalszymi wytworami mych rąk informuję, że mam jeszcze kilka długów wdzięczności, które będę spłacać w naturze, tak więc na Kłębowisku od czasu do czasu coś się powinno pojawić.

sobota, 31 sierpnia 2013

Desant Aniołków!

Kolejny desant Aniołków dotarł do celu!


Desant-niespodzianka. Wyprodukowałam cztery Aniołki, wysłałam w świat i bardzo uważałam, żeby nigdzie się nie zająknąć, że je zrobiłam, żeby nigdzie nie wrzucić zdjęcia. I trzymałam kciuki za Pocztę Polska, żeby przesyłki nie zgubiła (nie, żeby się to Poczcie Polskiej przesadnie często zdarzało, ale mam schizy, więc nad swoimi przeczuciami i podejrzeniami nie panuję).


Ale Poczta Polska sprawiła się wzorowo, niczego nie tylko nie zgubiła, ale wyprawiła poza granice Rzeczpospolitej sprawnie i szybko, Aniołki doleciały, gdzie trzeba (od czego są Aniołami w końcu? :)) i teraz czekają świąt, by zawisnąć na choince :).

I to jest ostatni desant Aniołków na baaaardzo dłuuuugo, bowiem dam chyba sobie (i swoim Czytelnikom :)) od nich odpocząć...

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

... oraz suplement

... do Nalotu.

Swoim Potomkom, z których całych dwóch kończy za tydzień wakacje (a dla jednego jest to w ogóle Nowa Droga Życia) wykonałam breloczki do piórników/ tonrnistrów/ etui do komórki/ gdzie tam będą chcieli to nosić:


 

Ostatecznie, jakoś im ten koniec wakacji trzeba osłodzić...

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nalot

Zaraza omijała Dom w Dziczy zadziwiająco długo, tym bardziej zadziwiająco, że Potomki ulegały przeróżnym namiętnościom napędzanym przez kulturę masową, jak na przykład Zygzakowi "Maskłinowi", SpongeBobowi, Hello Kitty i innym, często i regularnie.

A temu nie.

Do czasu.

A gdy już uległy, zaczęły grać na komórce/ konsoli/ komputerze i poddawać się urokowi reklamy (ściśle wizualnie, bowiem domowe fundusze trzyma Wredna Matka żelazną dłonią i nie pozwala wydawać ich na gadżety, maskotki i zeszyty we wzorek. No, dobra, zeszyty we wzorek sama kupuje :)), zaczęły też jędzić.

"Mmaaaammma! A ty umiesz zrobić takie? Umiesz? To zróóóób!".

I co miałam w związku z tym poradzić. Siadłam i zrobiłam.

Zaczęłam od wykonania szkiców na brudno, a potem na czysto, jako podkładek do szablonów...


następnie dobrałam stosowny filc...


niejednokrotnie nie mogąc się opędzić od jakże wszak niezbędnej pomocy.


Jak już naszkicowałam, narysowałam, dobrałam filc i poprosiłam kota o usunięcie się ze stołu, wycięłam odpowiednie kawałki filcu według wcześniej sporządzonych szablonów...


poskładałam całość do kupy, i już.

Już są.




Angry Birds (czy też, jak pisze Potomek Starszy, Ankri Birts) dokonały nalotu dywanowego na Dom w Dziczy :).

wtorek, 13 sierpnia 2013

Pierwsza lalka-chłopczyk

Ostatnio jestem z wielu powodów smutna, zniechęcona i przepełniona strachem, właściwie na nic nie mam ochoty, a to "nic" obejmuje też rękodzieło (pomysły są, wykonania pomysłów-"eee, tam, po co to wszystko?"- nie ma), co oznacza, że jest bardzo źle, nie tak źle jednakże, by nie wykonać zamówienia, którego wykonania się podjęłam - chociaż, cóż, bądźmy boleśnie szczerzy, nieco mi się o tym zamówieniu zapomniało.

Za to natychmiast, gdy tylko się przypomniało, chwyciłam za szydełko, by go wykonać.

Lalkę-chłopczyka.

Lalka-chłopczyk miał być odziany na niebiesko,


oraz miał mieć na ubranku literę "A" (co nie było wymagane, ale "byłoby cudownie, gdyby się udało", więc bardzo się postarałam),


a poza tym mógł wyglądać, jak sobie tylko chciałam.

Mówiąc szczerze, chciałam, by chłopczyk-lalka był rudy, posiadam bowiem w swych zasobach włóczkowych piękny, ogniście rudy motek, idealny na wściekle rude pukle, ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że jest on zbyt ognisty i zdecydowałam się na kasztanowy, taki wymarzony kolor włosów Ani z Zielonego Wzgórza :) i moim zamiarem było, żeby wyglądał tak:


Niestety, gdy spora ilość loków była już wykonana, włóczki w kolorze kasztanowym zabrakło, a żeby było śmieszniej, zabrakło jej również w okolicznej pasmanterii, w której zazwyczaj leżała w imponujących ilościach, dosłownie worek na worku, po osiem sztuk w każdym, zaś obsługa pasmanterii, choć wyraźnie przejęta moją desperacją, nie umiała powiedzieć, kiedy spodziewa się wizyty dostawcy tego konkretnie towaru.

W związku z czym nabyłam drogą kupna inną włóczkę, podobnego odcienia i grubości, i chłopczyk ma subtelny balejaż,


a ja pocieszam się, że to nie szkodzi, bowiem dostałam na jego fryzurę i kolorystykę tejże carte blanche :)...