poniedziałek, 7 października 2013

Gdyż idą święta, część pierwsza (i nie ostatnia)

No bo idą, prawda? Pewnie, ze prawda. A że dla większości ludzi są jeszcze ho, ho, jak daleko to już trudno, gratuluję większości ludzi i im zazdroszczę (no, czasami zazdraszczam), moje święta właśnie zaczęły iść, bo gdyby one zaczęły iść wtedy, co u tej większości ludzi, to by na sto procent nie doszły.

Względnie w przedświąteczny poranek obudziłabym się może i z upieczonymi pierniczkami, może nawet i domkiem z pierników, na pewno z tradycyjną, orzechową struclą, może miałabym i prezenty pokupowane, i choinkę nabytą, ale ozdoby na tę choinkę miałyby postać połowy takiej oto bombeczki,


a tak to mają postać trzech.

To znaczy, właściwie nie mają, bo niebieskie bombeczki nie pasują mi kompletnie do niczego i pewnie staną się prezentem dla kogoś, komu pasują (albo też nie pasują, ale nie będzie mógł tego powiedzieć i będzie zmuszony z racji odebranego w dzieciństwie starannego wychowania odgrywać zachwyt i wdzięczność),


a skoro będą musieli i tak tę wdzięczność odgrywać, to im jeszcze zestaw choinkowy do kompletu wykonałam, o:


i teraz tylko muszę się zastanowić, kto na tego blogi nie wchodzi, nawet na głównego, o tej biednej, smutnej sierotce nie wspominając, bo tylko dla takiego kogoś zestaw bombeczkowo-choikowy byłby niespodzianką...

A sama przystąpię do produkcji bombeczek w innych kolorach (korzystając z drzemki Pomponów, co ja zrobię, nieszczęsna, jak one wreszcie przestaną spać w dzień?!)...

niedziela, 29 września 2013

Dzięki bogom za długi wdzięczności

... bo bez długów wdzięczności na tym blogu (i tak nie nazbyt popularnym/ często uaktualnianym/ itepe, itede) panowałaby smutna, głucha i posępna cisza.

A tak to może się na przykład zdarzyć, że Koleżanka napisze do mnie z informacją, że zalega u niej w szafie trzy i pół kilograma włóczki. Z którą Koleżanka nie wie co zrobić, ale gdybym ja wiedziała, to ona chętnie odstąpi.

Zapytana przeze mnie o sposób rozliczenia Koleżanka odparła, że chętnie przygarnie jakiś niepotrzebnik. Ucieszona nieprzytomnie (bo bardzo lubię, jak ktoś otwarcie prosi o niepotrzebniki, oszczędza mi to udręki na myśl, że obdarowałam kurzołapką kogoś pragmatycznego i dobrze wychowanego, kto będzie się zmuszał do podziękowań, a w głębi duszy zastanawiał się, czy niepotrzebnik od razu wyrzucić, czy schować w poręcznym miejscu, z którego łatwo dobyć go będzie na wypadek mojej niezapowiedzianej wizyty) upewniłam się, o jaki rodzaj niepotrzebnika chodzi i jakie kolory ewentualnie wchodzą w grę, po czym wyprodukowałam to:




Koleżankom, komentującym moje prace na Facebooku ptaszęta skojarzyły się z tańczącymi Feniksami. Bardzo romantycznie :).

Z czym się skojarzą obdarowanej nie wiem, gdyż Feniksy polecą do niej dopiero jutro.

Ewentualnych Czytelników zainteresowanych dalszymi wytworami mych rąk informuję, że mam jeszcze kilka długów wdzięczności, które będę spłacać w naturze, tak więc na Kłębowisku od czasu do czasu coś się powinno pojawić.

sobota, 31 sierpnia 2013

Desant Aniołków!

Kolejny desant Aniołków dotarł do celu!


Desant-niespodzianka. Wyprodukowałam cztery Aniołki, wysłałam w świat i bardzo uważałam, żeby nigdzie się nie zająknąć, że je zrobiłam, żeby nigdzie nie wrzucić zdjęcia. I trzymałam kciuki za Pocztę Polska, żeby przesyłki nie zgubiła (nie, żeby się to Poczcie Polskiej przesadnie często zdarzało, ale mam schizy, więc nad swoimi przeczuciami i podejrzeniami nie panuję).


Ale Poczta Polska sprawiła się wzorowo, niczego nie tylko nie zgubiła, ale wyprawiła poza granice Rzeczpospolitej sprawnie i szybko, Aniołki doleciały, gdzie trzeba (od czego są Aniołami w końcu? :)) i teraz czekają świąt, by zawisnąć na choince :).

I to jest ostatni desant Aniołków na baaaardzo dłuuuugo, bowiem dam chyba sobie (i swoim Czytelnikom :)) od nich odpocząć...

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

... oraz suplement

... do Nalotu.

Swoim Potomkom, z których całych dwóch kończy za tydzień wakacje (a dla jednego jest to w ogóle Nowa Droga Życia) wykonałam breloczki do piórników/ tonrnistrów/ etui do komórki/ gdzie tam będą chcieli to nosić:


 

Ostatecznie, jakoś im ten koniec wakacji trzeba osłodzić...

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nalot

Zaraza omijała Dom w Dziczy zadziwiająco długo, tym bardziej zadziwiająco, że Potomki ulegały przeróżnym namiętnościom napędzanym przez kulturę masową, jak na przykład Zygzakowi "Maskłinowi", SpongeBobowi, Hello Kitty i innym, często i regularnie.

A temu nie.

Do czasu.

A gdy już uległy, zaczęły grać na komórce/ konsoli/ komputerze i poddawać się urokowi reklamy (ściśle wizualnie, bowiem domowe fundusze trzyma Wredna Matka żelazną dłonią i nie pozwala wydawać ich na gadżety, maskotki i zeszyty we wzorek. No, dobra, zeszyty we wzorek sama kupuje :)), zaczęły też jędzić.

"Mmaaaammma! A ty umiesz zrobić takie? Umiesz? To zróóóób!".

I co miałam w związku z tym poradzić. Siadłam i zrobiłam.

Zaczęłam od wykonania szkiców na brudno, a potem na czysto, jako podkładek do szablonów...


następnie dobrałam stosowny filc...


niejednokrotnie nie mogąc się opędzić od jakże wszak niezbędnej pomocy.


Jak już naszkicowałam, narysowałam, dobrałam filc i poprosiłam kota o usunięcie się ze stołu, wycięłam odpowiednie kawałki filcu według wcześniej sporządzonych szablonów...


poskładałam całość do kupy, i już.

Już są.




Angry Birds (czy też, jak pisze Potomek Starszy, Ankri Birts) dokonały nalotu dywanowego na Dom w Dziczy :).

wtorek, 13 sierpnia 2013

Pierwsza lalka-chłopczyk

Ostatnio jestem z wielu powodów smutna, zniechęcona i przepełniona strachem, właściwie na nic nie mam ochoty, a to "nic" obejmuje też rękodzieło (pomysły są, wykonania pomysłów-"eee, tam, po co to wszystko?"- nie ma), co oznacza, że jest bardzo źle, nie tak źle jednakże, by nie wykonać zamówienia, którego wykonania się podjęłam - chociaż, cóż, bądźmy boleśnie szczerzy, nieco mi się o tym zamówieniu zapomniało.

Za to natychmiast, gdy tylko się przypomniało, chwyciłam za szydełko, by go wykonać.

Lalkę-chłopczyka.

Lalka-chłopczyk miał być odziany na niebiesko,


oraz miał mieć na ubranku literę "A" (co nie było wymagane, ale "byłoby cudownie, gdyby się udało", więc bardzo się postarałam),


a poza tym mógł wyglądać, jak sobie tylko chciałam.

Mówiąc szczerze, chciałam, by chłopczyk-lalka był rudy, posiadam bowiem w swych zasobach włóczkowych piękny, ogniście rudy motek, idealny na wściekle rude pukle, ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że jest on zbyt ognisty i zdecydowałam się na kasztanowy, taki wymarzony kolor włosów Ani z Zielonego Wzgórza :) i moim zamiarem było, żeby wyglądał tak:


Niestety, gdy spora ilość loków była już wykonana, włóczki w kolorze kasztanowym zabrakło, a żeby było śmieszniej, zabrakło jej również w okolicznej pasmanterii, w której zazwyczaj leżała w imponujących ilościach, dosłownie worek na worku, po osiem sztuk w każdym, zaś obsługa pasmanterii, choć wyraźnie przejęta moją desperacją, nie umiała powiedzieć, kiedy spodziewa się wizyty dostawcy tego konkretnie towaru.

W związku z czym nabyłam drogą kupna inną włóczkę, podobnego odcienia i grubości, i chłopczyk ma subtelny balejaż,


a ja pocieszam się, że to nie szkodzi, bowiem dostałam na jego fryzurę i kolorystykę tejże carte blanche :)...

poniedziałek, 29 lipca 2013

Zamówionka

Nieprzesadnie często, ale jednak czasem zdarza mi się popełnić jakieś Dzieuo na zamówienie, zazwyczaj dla jakiejś Czytelniczki bloga, której któryś z maniakalnie produkowanych przeze mnie Cosiów wpadnie w oko i zapragnie Ona (ta Czytelniczka) z jakiegoś powodu mieć takiego samego :).

Takie zamówienie z uczuciem produkuję, starając się, by nie zajęło mi to tyle czasu, co, na przykład, bycie w ciąży, wysyłam, czekam na potwierdzenie, że rzecz bezpiecznie i w terminie dotarła do Właścicielki, a następnie pytam, czy mogę efekt swej pracy pokazać na blogu, Właścicielka zaś zgadza się lub nie (ale zazwyczaj się zgadza :)).

Jedno z pierwszych zamówień dotyczyło osłonek na doniczki, o, takich:


to znaczy te to są akurat moje osłonki, które produkowałam podczas tej psychopatycznie długiej zimy, którą wszyscy się, ekhm, cieszyli tego roku, żeby sobie przypomnieć, że wiosna istnieje i jakie ma kolory. Czytelniczka poprosiła o osłonki w odcieniach szaro-fuksja-różowych, ponieważ Nasz Klient Nasz Pan :), wyprodukowałam cztery osłonki w wymaganych odcieniach,


które, jak twierdzi Właścicielka (a nie ma powodu, by jej nie wierzyć przecież :)), pasują do wnętrza, podobają się i dobrze jej służą.


Kolejna Czytelniczka zamówiła laleczkę z tego wpisu i dwa dywaniki, wskutek czego naczekała się, że ho, ho, nie, żeby dywaniki robiło się jakoś szczególnie długo, no, ale najpierw trzeba było zamówić włóczkę, potem je wydziergać, a jak się je miało już wydziergane i nawet zapakowane, Rodzinny Pojazd po raz kolejny nawalił i ujrzałam się uwięzioną w Domu w Dziczy na bogowie wiedzą jak długo, z dala nawet od okolicznego sklepu spożywczego, o Cywilizacji z jej udogodnieniami w postaci licznych budynków Poczty Polskiej rozsianych po okolicy nie wspominając.

Natychmiast po uwolnieniu jednakże wysłałam i dywaniki, i lalkę w podróż, która przebiegła w jak najbardziej zadowalający sposób (i nawet w zadowalającym tempie), i przesyłka bezpiecznie i radośnie dotarła do rąk Właścicielki.


Aniołki pokazuję (całkowicie wbrew swoim zwyczajom) zanim Właścicielka dostała je do rąk własnych tylko dlatego, że wie doskonale, że spoczywają one bezpiecznie zapakowane w kopertę w domu mej własnej Matki, skąd Właścicielka odbierze je sobie osobiście, omijajac rafy Poczty Polskiej,


ale zgodę na prezentację uprzednio wyraziła, oczywiście, bo bez niej bym się nie ośmieliła niczego tu pokazywać :).


Ostatnie zamówionko, czyli lalka-chłopczyk


ma już znacznie bardziej zaawansowaną formę, no, ale jej zdjęcia ujrzą światło dzienne na tym blogu w chwili, gdy produkt finalny dotrze do Zamawiającej (jeśli, oczywiście, i Ona zgodzi się na prezentację).

Zaś poza zamówieniami w wolnej chwili, czyli w ogrodzie, pod brzozami, co popołudnie, niespiesznie produkuję narzutę na fotel (banalny, prosty wzór, umożliwiający dzierganie bez liczenia oczek i jednoczesne nie spuszczanie własnego oczka z Ukochanych Potomków, szalejących w okolicy), bo na tę kupioną dwa lata temu patrzeć już nie mogę.


Do prezentacji po ukończeniu.

Czyli kiedyś tam :D.

piątek, 19 lipca 2013

Sama prawda

Tak, tak, wiem, że miałam się zajmować czym innym. Metryczki miałam kończyć, o. Dla własnych, biednych, niedowartościowanych metryczkowo dzieci.

Ale jak tylko zobaczyłam ten wzorek wiedziałam, że muszę, po prostu MUSZĘ go mieć na ścianie! Oczywiście, nie jako wzorek. Jako gotowy obrazek. Który, no cóż, jak się chce mieć, to go trzeba zrobić.

Pocieszając się, że rzecz jest na najwyżej dwa dni pracy (w normalnych warunkach dałabym radę i w jeden, ale aż tak naiwna nie jestem, chociaż mamiąc samą siebie tym, że w dwa dni się wyrobi też popisałam się dziecięcą wręcz naiwnością) pozmieniałam to i owo, to ujęłam, to dodałam (bo oryginalny wzorek był dziewczynkocentryczny, a - jak wiadomo - ja nie jestem i nie będę matką ani jednej córki), pozmieniałam kolory, i jest:


Prawda, sama prawda, i tylko prawda :).

A ten jest moim ulubionym tekstem:


Używam go nader często. Czasem kilka razy dziennie.

Bywa, że od samego rana :D.

wtorek, 9 lipca 2013

Weles

Ukończony!

Mi samej nie chce się wierzyć, że jednak go skończyłam...

I jak zwykle w takich wypadkach wydawał się całkiem dobry, zanim dodałam backstitche (czyli obramowania, gwiazdki, detale i takie tam, polska nazwa pewnie istnieje, ale jej nie znam, a nawet gdybym znała, słowo "backstitch" jest wygodniejsze i pełne treści :)),



a okazywał się zaledwie poprawny w porównaniu z tym, który objawił się oczom ogółu po dodaniu backstitchów :).



Które to backstitche dodawać uwielbiam, jest w tym trochę magii, coś jakby malowanie, podczas którego ze znanego i wydającego się całkiem dobrym tła wyłania się nagle coś więcej, coś bardziej, coś o wiele, wiele piękniej.

I, tak, tak, wie, teraz powinnam powrócić do metryczek. I taki mam plan. I się go trzymam. Zaciskając pięści i powieki też, ściśle zamknięte na te pokusy, które dokoła...

niedziela, 30 czerwca 2013

Serduszkowo (z suplementem)

Zaczniemy od suplementu, to znaczy od ubranek, jakie zyskały po wieeeelu dniach nalegań, przypominania o tym i innych takich komóreczki moja i Potomka Starszego, który tym samym stracił pretekst, by swoja komórkę wrzucać bezładnie do torby/ kieszeni/ pod łóżko, żeby mieć rzecz na wyciągnięcie ręki/ w inne miejsca, których me bystre oko nie wyłapało:


Jak widać na drugim zdjęciu, komórki posiadają dodatkową ochronę, którą należy tylko od czasu do czasu upomnieć, by nie gryzła etui, bo poza tym sprawia się bez zarzutu (mam na myśli tę ochronę na drugim planie, jej rozsądnej, dojrzałej, czarnowłosej koleżance takie głupoty jak gryzienie etui/ komórek/ ładowarek nie przyszłoby do statecznej głowy :)).



A ponadto Potomek Młodszy pożegnał się wczoraj z przedszkolem, od września zaszczyci swa osobą szkołę podstawową, a tymczasem musiał stanąć oko w oko z pierwszym poważnym pożegnaniem w swoim życiu, którego nie przeżył jakoś nadmiernie, gdyż - jak podejrzewam - fakt, że już nigdy do przedszkola nie wróci jeszcze do niego nie dociera.

Ja zaś, do której to, i owszem, dotarło, wykonałam na pożegnanie dla pań pendanty do bukietów (no, jeden porwał Potomek Starszy dlą własnej Wychowawczyni :)),


czyli, jak dowcipnie skonstatowała moja kumpela, taki ekwiwalent za bilet do SPA albo biżuterie za tysiąc złotych polskich ;). 

Niestety, na biżuterię za tysiąc złotych polskich, nawet dla siebie, mnie nie stać, więc biedne, rozkochane w Potomku Młodszym wychowawczynie musiały zadowolić się umajonymi serduszkami bukietami...


... i nawet wyglądały na zadowolone (i wzruszone).