niedziela, 20 marca 2016

Jaja sobie robię

Jeśli ktoś jeszcze pamięta to zdjęcie


z tego posta to może pamięta i to, że przedstawia ono mój stolik robótkowy, a na nim kłębiące się pół tuzina robótek w różnym stopniu rozbabrania. Większość robótek z tego stolika została już dokończona i zaprezentowania na blogu.

Poza jajkami.

Dobrze się przyjrzawszy można zauważyć jajka, mniej więcej pośrodku stolika. Jajka też zostały dokończone, ale hamowałam swoja chęć, by je tu przedstawić, albowiem nie pasowały do otaczającego nas świata.

Teraz już pasują.


A co więcej, w międzyczasie przybyły im towarzyszki.


W tym samym rozmiarze,


oraz duże, model "jajo kacze".


Wszystkie w podobnej tonacji kolorystycznej.


I wszystkie jako prezent dla mojej Mamy.


No i oczywiście nie jest to moje ostatnie słowo, pora roku sprzyja, święta zbliżają się wielkimi krokami, tony styropianowych jajek w pięciu rozmiarach nabyte, a ja siedzę i w upojeniu wymyślam nowe wzory, połączenia kolorystyczne oraz metody ozdabiania, o czym tu wkrótce, taką przynajmniej żywię nadzieję.


PS.

Że nie wspomnę, że wszystkie robótki z tego posta też są już dawno skończone (no, poza płatkami śniegu, których nigdy dość) i czekają w kolejce na prezentację na blogu, na tę prezentację, do której nie mogę się zabrać. Oto powód, dla którego nigdy nie zostanę demonem blogosfery robótkowej. Ale w końcu je pokażę, słowo. Jak tylko skończę robić se jaja :).

środa, 17 lutego 2016

Dzień Kota

Z okazji Dnia Kota postanowiłam odkopać popełniony niegdyś haft.


Haft był robiony według wzoru, który sobie - o, niespodzianko! o, zaskoczenie stulecia! - pozmieniałam, bo przymrużone oczka kota nie podobały mi się wcale, wąsy powinny (moim zdaniem) iść w inne strony niż sugerowane, a na róży powinny się pojawić koraliki. Mieniące się. Jak rosa.


Przy okazji swego święta Kot uzyskał stosowną oprawę i dumnie zawisł na ścianie.


A w produkcji jest już kolejny Kot (też pozmieniany, aha!), który też będzie miał różę z kroplami rosy, a oprawę to nawet już ma, chwilowo nieużywaną.


Na następny Dzień Kota będzie jak znalazł!



PS. Miło mi donieść, że aparacik wrócił do dom z Aparacikowego Spa i Odnawialni Biologicznej Dla Aparacików, co oznacza, że wkrótce pozdejmuję wszystko, co z Ambitnego Planu na Ferie  udało mi się zrealizować (a trochę tego jest), i natychmiast wrzucę na bloga.

To znaczy, natychmiast, jak tylko pozbędę się Tej Cholernej Grypy, która trzyma mnie w swym uscisku od dwóch tygodni.

Aaaaaapsik.

Wzdech.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ambitne Plany na Ferie

Ferie oficjalnie zaczynają się w Domu w Dziczy dzisiaj, no, bo wczoraj i przedwczoraj był zwykły weekend przecież :).

Ferie dla mnie oznaczają zawsze to samo - nadzieję na to, że część rozbabranych / napoczętych / wymyślonych i pozostających w sferze mglistego planowania robótek da się skończyć, albo przynajmniej doprowadzić do etapu mniejszego rozbabrania.

Na pierwszy ogień idzie sweter z alpaki drutowo-szydełkowy, który właściwie jest już skończony, jeśli pominąć najbardziej znienawidzony przeze mnie etap, czyli zszywanie. Gdybym lubiła zszywanie byłby on, mówiąc między nami, gotów już dwa tygodnie temu. Z okazji ferii obiecałam sobie jednak przestać wynajdywać przeróżne wymówki ("muszę skończyć bombki na prezenty!", "a teraz muszę skończyć własne bombki!", "a teraz muszę cokolwiek, o, śnieżynkę zrobić, sprawdzę, czy umiem takim cienkim szydełkiem!") i siąść. I zszyć. I siedzę. I zszywam. Z krótką przerwą na napisanie tego posta, naprawdę króciutką :).


Po zszyciu swetra mam ambitny plan zrobienia ubranek na dwie poduszki. Poduszki należały do Potomków Starszych, gdy ci byli malutcy, są nieduże, a ponadto zdobne w uszka i mordki oraz ogonki. Są też wyświechtane niemiłosiernie, nie pasujące do niczego i już niepotrzebne jako przytulanki, tak więc zamierzam ciachnąć im uszka i ogonki, i przyodziać je w szydełkowe odzienie, które nada im nowy sznyt.


Daaawno, daaawno, tak dawno temu, że nie pamiętają tego najstarsi ludzie, trzy osoby wyraziły chęć posiadania jednego z moich koników. Niewykluczone, że te osoby też tego nie pamiętają, ale mi się przypomniało, gdy podobną chęć wyraziła przebywająca w Kraju Przodków na święta ma własna Siostra. A jak się już przypomniało, to wyjęłam koniki, kordonki, szydełko i koraliki, i ułożyłam to wszystko na barwną kupkę w nadziei, że jak już zszyję sweter i ubiorę poduszki to na koniki starczy czasu.


A poza tym w wolnych chwilach (albo wtedy, gdy mi się nudzi robienie grubym szydełkiem. Albo szycie) wciąż robię śnieżynki do towarzystwa Matce Naturze, produkującej własne płatki. Śnieżynek przybywa i przybywa,


przybył też motek mohairu jeszcze cieńszego niż poprzedni i bardzo białego (za to pozbawionego migoczącej nici) , z którego wychodzą śnieżynki malutkie prawie tak, jak te oryginalne (no, dobrze, przesadzam. Ale tylko trochę :)). I tak je produkuję, produkuję i nadal nie wiem, co z nich będzie. Może aplikacja. Może szal. Może aplikacja i szal. A może cos zupełnie innego. To się okaże, jak skończą mi się oba motki.

Albo i później.


Tak czy inaczej - w intencji zrealizowania moich feriowych planów trzymajcie, proszę, kciuki :)!

piątek, 1 stycznia 2016

Z Nowym Rokiem

Być może są na Kłębowisku Czytelnicy tak zaawansowani stażem, że pamiętają wpis o tym, jak rok temu tuż przed świętami moja Mama została okradziona i pozbawiona wszystkich rękodzielniczych ozdób choinkowych, co zmusiło mnie do produkcji dla niej nowego zestawu.

Ale o tym, że znów została okradziona w tym roku nie wie nikt.

Robione przeze mnie na zeszłe święta śnieżynki nie padły łupem złodzieja (którego tożsamość tak jakby przestaje być tajemnicą - skoro ma tak łatwy dostęp do piwnicy Pani Matki można założyć z dużym prawdopodobieństwem, że należy do jej sąsiadów, i nie muszę się specjalnie długo zastanawiać, żeby zgadnąć, którym), ponieważ moja Mamusia przytomnie przechowywała je we własnym mieszkaniu.

Złodziej zarąbał za to całą resztę ozdób, jak najbardziej kupnych, zostawił tylko choinkę, której groziło, że powita Święta i Nowy Rok przyodziana wyłącznie we wspomniane powyżej śnieżynki.

Usłyszawszy o kolejnej kradzieży złapałam się za głowę i (poza nabyciem dużej tuby bombek srebrnych w charakterze prezentu na mikołajki) przystąpiłam do produkcji bombek, takich, jak te ukradzione, ale tym razem w różowej wersji kolorystycznej (pasującej do koloru ścian, odziedziczonym po poprzednich właścicielach mieszkania)


oraz w różnych rozmiarach, od bardzo dużych


 do całkiem malutkich.


A ponieważ moje własne bombki też się rozeszły po świecie - część trafiła w zaprzyjaźnione ręce, część na kiermasze charytatywne, a ostały się tylko resztki - niesiona falą zapału dorobiłam sobie kilka w stosownej kolorystyce


i też w różnych rozmiarach,



i nawet nadal je robię, bo co z tego, że choinka stoi? Najwyżej się dowiesi!

A poza bombkami produkuję płatki śniegu, z których porobię aplikacje na sweterek. Albo szalik. Albo cośtam :).


I takiego właśnie Nowego Roku - pełnego natchnienia, chęci i możliwości do twórczego działania, wszystkim życzę :).

piątek, 25 grudnia 2015

Choinka i życzenia

 Znalazłam tę choinkę na jakimś z blogów rękodzielniczych jakiś czas temu, na pewno grubo przed świętami, i zapadła mi ona w pamięć. I tak tkwiła w tej pamięci, tkwiła, aż nadszedł okres przedświąteczny i pomyślałam sobie, że - a, co tam! - spróbuję ją zrobić zwłaszcza, że w miejscu, w którym mieszkam materiału do zrobienia dość byłoby nie na jedną, ale na kilka(dziesiąt) podobnych arcydzieł.

Co pomyślawszy udałam się na spacer z psem do pobliskiego lasu - czyli za płot własnego, nieprawdaż, obejścia, - z którego to spaceru wróciłam objuczona gałęźmi różnego rodzaju i rozmiaru.

Gałęzie posortowałam, dwa dni suszyłam na kaloryferze, po czym przycięłam do pożądanego rozmiaru


i powiązałam konopnym sznurkiem, co na zdjęciach wyglądało nader łatwo i w ogóle, ino splunąć, a okazało się... no, niekoniecznie takie, jak na zdjęciach ;).


Gdy się jednak (po dłuższej chwili wydawania z siebie gniewnych pomruków, nieparlamentarnych w treści okrzyków, plątania, rozplątywania i wyrzucania z pokoju dzieci, psa, kota, znów dzieci i znów kota) udało się je związać tak, że przybrały - mniej więcej - kształt choinki pozostało je tylko przyozdobić w miarę możliwości oraz posiadanych środków,




no i powiesić.


Wygląda - chociaż nie widać tego na moich nieudolnych zdjęciach - naprawdę, naprawdę dekoracyjnie.


Wesołych Świąt wszystkim!

Mnóstwa czasu na realizowanie własnych pasji oraz wszystkiego innego, czego Wam potrzeba.

I zdrowia.



PS. Ha! Znalazłam! Niech żyje Pinterest, na którym jest wszystko!

Naprawdę piękna, naprawdę oryginalna i naprawdę zrobiona tak, jak trzeba choinka wygląda TAK.
Nie powinnam jej pokazywać, żeby nie wydało się, jak blado i nijako wygląda na jej tle moja własna, ale uczciwość nie pozwala mi przemilczeć choćby najsmutniejszej dla mnie prawdy.

Jeszcze raz wszystkim Wesołych Świąt!

niedziela, 6 grudnia 2015

Plotąc szczęście :)

W klasie Potomka Młodszego co tydzień omawiane jest na inne państwo Unii Europejskiej.

Omawiają dzieci, przygotowując plakaty, pokazy, pogadanki, puszczając muzykę, a czasem - przy pomocy rodziców - przygotowując jakąś tradycyjną potrawę, prezentując stroje albo jakieś tematycznie związane z omawianym państwem gadżety.

Potomek Młodszy razem z drugim co do najlepszości kolegą wybrali do omawiania Irlandię.

W związku z czym ja porzuciłam myśl o przygotowywaniu narodowej przekąski, a zdecydowałam się pójść w gadżety ;).

Konkretnie zaś - w koniczynki.

Dzieci w klasie Potomka Młodszego jest piętnaścioro, pań - dwie, każda osoba, postanowiłam, dostanie swoją koniczynkę.

Co postanowiwszy przystąpiłam do hurtowej produkcji.


 Produkowałam te koniczynki...


... i produkowałam...


... a roślinek przybywało i przybywało,


ja zaś, i owszem, nawet się trochę martwiłam, że moje koniczynki są czterolistne, na irlandzkich materiałach zaś, którym Potomek Młodszy został obdarowany przez hojną Ciocię (Cioci dziękujemy!!!) dominowały te klasyczne, trzylistne, te, na których święty Patryk objaśniał prostemu ludowi ideę Trójcy Świętej...


szczegółowe badania jednakże pozwoliły mi wreszcie - i to nawet bez większego trudu - odnaleźć w irlandzkich zasobach także te czterolistne, co znacznie mnie uspokoiło.


No bo kto, jeśli nie Irlandczycy najlepiej wiedzą, jakich koniczynek najbardziej im trzeba :).


Czasem na pewno tych, które przynoszą szczęście.

sobota, 14 listopada 2015

Ciepło otulić się w jesień

Zamówiłam sobie pierwszą w moim życiu alpakę w Galeryjce za Miastem już... no, jakiś czas temu, podczas jakiejś zachęcającej promocji, i w dodatku przez pomyłkę, bowiem szukałam czegoś grubszego i pomyliłam się podczas odczytywania grubości :).


No, ale jak zamówiłam, choćby i niechcący, natychmiast zaczęłam ją wypróbowywać.

A jak zaczęłam ją wypróbowywać przypomniałam sobie o swetrze patchworkowym, który kiedyś widziałam na jakimś zdjęciu, i który co prawda był w innych kolorach, innymi wzorami oraz z bawełny, i w dodatku z bawełny dwa razy grubszej, ale nigdzie nie napisano, że z (cieńszej) alpaki wyjdzie brzydszy :).

Na zdjęciu poniżej, które będzie się tu pojawiało dopóty, dopóki nie zaprezentuję wszystkich przedstawionych na nim, zaczętych rzeczy, sweter ma postać pięciu kwadratów na krzyż połączonych kolorowym pasem.


Teraz ma postać mniej więcej taką:


 Ma przód, tył, drewniane guziczki i dziurki do drewnianych guziczków...


... ma długie rękawy, całe dwa :)...


 ... co musicie przyjąć na wiarę, Kochani Czytelnicy, gdyż zdejmowanie sweterka na fotografijach w warunkach pięknej polskiej jesieni natykało co i rusz na nieoczekiwane trudności :D.


Ale ponieważ pojawiły się na tym blogu w komentarzach głosy, że zdjęcia odzieży bez osoby w środku to żadne zdjęcia są, powodowana poczuciem obowiązku ściągnęłam oburzoną kotkę z tego, nieprawdaż, miękkiego kocyka i, voila, mój pierwszy (nie ostatni, kolejny się właśnie robi) sweterek z alpaki z osobą w środku.

Przodem.


 I tyłem.


Wyszło PRAWIE jak z tej bawełny, wierzcie mi na słowo ;).

środa, 14 października 2015

Tęczowy konik

Pamięta ktoś jeszcze chodzące za mną w sierpniu koniki?

Znalazły one otóż swoich admiratorów.

Jedna z Czytelniczek napisała do mnie z pytaniem, czy byłoby możliwe wykonanie podobnego konika, ale fryzyjskiego? Szuka bowiem konika fryzyjskiego na prezent dla Przyjaciółki, ale nigdzie nie może znaleźć niczego stosownego.

Akurat nawet bez podpowiedzi Brata Gugla wiedziałam, że konie fryzyjskie są piękne i kudłate,


i że ta ich kudłatość stanowić będzie wyzwanie techniczne, więc natychmiast w oku mi błysnęło i zaczęłam kombinować.

Po kilku testach "na sucho" zdecydowałam się na wybranie z przebogatych swych zasobów takiego kordonka, który się najlepiej "rozłaził" i użyłam go do zrobienia ogona, grzywy oraz kudłatych nóg, po czym, po wszyciu, każdą nitkę z osobna rozczesywałam na włókienka za pomocą szpilki.


Po rozwiązaniu najważniejszego zagadnienia pozostało tylko ustalenie, jakiej barwy ma być konik (szarej, z czarną grzywa i ogonem) oraz zdobienia (tęczowe), i mogłam się zająć tą łatwiejszą (a w każdym razie mniej żmudną) i przyjemniejszą częścią produkcji, szyciem, wypychaniem, szydełkowaniem narzutki, hojnym dorzucaniem a to dzwoneczków, a to serduszek,



aby, po wykonaniu całości, przystąpić do cierpliwego rozplątywania nitek kordonka, które producent tak uparcie i starannie splątał :).


Ale ostateczny efekt chyba spełnił oczekiwania Czytelniczki, skoro się na niego zdecydowała.


Mam nadzieję, że spodobał sie także jej Przyjaciółce.